M. się zachwyca, co jest chyba naturalną reakcją :). Ciągle robi zdjęcia i każe je robić sobie (z zamiarem wrzucenia na Facebooka, żeby wszyscy mu zazdrościli, cytuję). Zwraca uwagę na rzeczy, których ja od dawna już nie zauważam. A to piękna skałka, a to mostek, a to ładne drzewa. Numerem jeden jest woda w potoku, M. zatrzymuje się przy każdym większym rozlewisku i po prostu się gapi. Numer dwa to fresh air. No i zieleń.
Ludzie? Wbrew moim wcześniejszym obawom niespecjalnie mnie to obchodzi. No patrzą sobie. Przy czym jeśli już to widzę, to przeważnie patrzą na mnie, nie na niego. Zwykle patrzą przez chwilę, a potem dają sobie spokój. Najbardziej zdziwione są osoby starsze, którym zdarza się czasem skrzywić, osoby w średnim wieku gapią się tylko trochę, a młodzi prawie w ogóle. Raz zdarzyła się grupka łysych i czerwonych na twarzy chłopaków, którzy jak nas dostrzegli z daleka, to aż głowy wykręcali z miną, która przystoi zapewne kibolom, a rozmowy zamarły, chyba, że się w ogóle nie toczyły. No niestety kolega jest ze mną.
M. zadziwiająco dobrze radzi sobie z polskim. Jakimś cudem rozumie część moich rozmów, nie wiem, skąd. Z wymową nie ma większego problemu, to znaczy, nie różni się zbytnio od innych cudzoziemców próbujących mówić po polsku, również pod względem zabawności jego polskich dźwięków :). „Dzień dobry” na szlaku jest za każdym razem lepsze. Problem wcale nie tkwi w naszych żż szz i innych takich, tylko w samogłoskach, czyli czystych dźwiękach, których próżno szukać w arabskim. Myślałam, że trudniej jest wymówić ż lub dż, a tu się okazuje, że jest to łatwiejsze, niż nasze piękne, niepozorne, wszędobylskie polskie A.
Z górską pogodą nie ma problemu.
Standardowy news: w sklepie wszystko ma cenę :).