Tydzień

Tydzień

Tydzień do planowanego przyjazdu M. Jeszcze nie chodzę po ścianach, ale emocje coraz większe, bo czekamy na decyzję, czy dostał wizę czy nie. Spędzam ten czas na nieustannym remontowaniu domu i… planowaniu. Na przykład, co zrobię, gdy M. dostanie wizę. Albo co zrobię, gdy nie dostanie. Albo co by było, gdyby nam nie wyszło. Im więcej czasu ma człowiek, tym gorzej dla jego zdrowego rozsądku.

Gdy M. przyjedzie, w pierwszej kolejności pokażę mu moje ulubione miejsca w mieście, zorganizuję survival z polską kuchnią w roli głównej i zabiorę na parę terenowych wycieczek. Potem pokażę stare albumy ze zdjęciami i rodzinne filmy nagrywane dwadzieścia lat temu, zabiorę na zakupy i zlecę całą czarną robotę, która nazbierała się w domu i nadaje się dla męskich rąk. Marzę o obiadach w ogrodzie i drinkach na tarasie późnym wieczorem. Ale to wszystko dopiero wtedy, gdy wypuszczę go z łóżka.

Jeśli M. nie przyjedzie, napiję się i pomyślę, co dalej. Pojadę do niego. Prędzej czy później, na krócej lub dłużej. Do Egiptu już i tak tęskno. Właśnie zaczął się sezon i skręcam się w środku w supełek, ale wiadomo, jak jest.

Skończyłam wczoraj czytać książkę o stewardesach i oczywiście zaczęły się marzenia. No co, jak szłam na studia, to też w ogóle nie brałam pod uwagę specjalizacji, którą pięć lat później ukończyłam z wyróżnieniem. Może nie zdecydowałabym się tak łatwo na życie w chmurach i w ogóle poza czasem, ale dzięki ostatnim dziewięciu miesiącom przekonałam się, że nie trzeba bać się języków obcych, że cudzoziemcy nie gryzą i nie są co do zasady lepsi od nas no i że można przestać traktować angielski jak język obcy. O ile kiedyś nie wyobrażałabym sobie pracy lub dłuższego pobytu za granicą, teraz nie widzę w tym problemu. To jest plan C, wolałabym go nie uskuteczniać, ale wolę to, niż pakować się znowu w to, co miałam serwowane przez parę ładnych lat przed M.

Bo to jest święta prawda, wszystko dzieli się na to, co było przed i po.

Dodaj komentarz