Da się? Da się!
Za pierwszym razem, bez miliona na koncie, z zaproszeniem od kobiety (bo plotki krążyły, że bardziej dadzą z męskim zaproszeniem, niż żeńskim), z egipskim zatrudnieniem gdzieś po środku sharmowych widełek, bez znajomości polskiego i bez znajomości w ogóle.
Jeszcze do mnie to zbytnio nie dociera, ale jak już dociera, to za każdym razem czuję się jak w poranek wigilii Bożego Narodzenia. Albo jak po rozdaniu świadectw w czerwcu. Pamiętacie? Ładnych parę osób cieszy się razem ze mną.
Będzie tu za pięć dni. Będę mogła go zobaczyć. Będzie ze mną, tuż obok mnie.
Nie do wiary.
To moje prywatne święto.