W Berlinie było mega. Widziałam to miasto dziewięć lat temu i specjalnie się od tego czasu nie zmieniło. Dobudowali parę budynków, dodali linię metra (da się, jakby im tego metra jeszcze było mało), ale poza tym klimat pozostał ten sam. Dla nas co było najlepsze? To, że w tym mieście nikogo nic nie obchodzi. Jest wielokulturowe i to tak na serio, więc nikt się na nas nie gapił. Tam na każdym kroku spotykasz cudzoziemców, migrantów lub turystów. Oni normalnie pracują, mają dzieci i mieszkania. Żyją jak ludzie, a nie podludzie. I naprawdę nikogo, NIKOGO nic nie obchodzi. Także bardzo fajnie się zwiedza takie miasto. To jest ta różnica między Berlinem a Warszawą. Ale o tym, że jesteśmy daleeeko w tyle, każdy Polak się przekona po jakichś dziesięciu minutach pobytu w tym mieście.
Tymczasem my jesteśmy w trakcie legalizacji pobytu M. w Polsce. Miał rozmowę o pracę i, odpukać, wszystko się ładnie układa. Pracodawców interesuje przede wszystkim to, czy ma pobyt czasowy w Polsce. W sensie, nie wizę lub, nie daj Boże, coś nielegalnego. Wizę ma, pobyt będzie miał. Mógłby mieć pobyt czasowy dzięki umowie o pracę, ale wygląda na to, że to tylko pięknie brzmiąca nowelizacja ustawy, bo szefom się zwyczajnie nie chce. Wolą mieć kandydata, z którym podpisuje się normalną umowę, bez latania po urzędach. Chyba zarezerwujemy termin ślubu. Czy to znaczy, że wychodzę za mąż? Jak wszystko inne u nas, nie do końca wiadomo. Przecież nie może być normalnie. Ale wiem na pewno, że nie chcę, żeby wracał.