No i wreszcie! Wiosenny miesiąc! Już nie mogłam tej zimy. Szaro i zimno, nawet biało nie było, pewnie dalej tak będzie paskudnie i polsko, ale przynajmniej jaśniej jakoś. Jak się wraca z pracy to jeszcze trochę świata widać. Jeśli ja mam dość, to co dopiero M.
Moje L4 się skończyło, wróciłam do pracy, przeziębienie oczywiście do końca nie przeszło, zwłaszcza, że u nas co druga osoba jest chora. Na zwolnieniu już, albo za sekundę. Za to tuż po mnie rozchorował się M. Pierwsza prawdziwa wizyta u polskiego lekarza. Byłam pod wrażeniem, jak fajnie doktor się dogadywał po angielsku. Przepraszam, ale jestem przyzwyczajona do pełnienia roli tłumacza WSZĘDZIE, bo Polacy nie znają języków obcych i rzadko który widział cudzoziemca na oczy. A tu taka miła niespodzianka. Cóż, M. dostał antybiotyk i parę dni w domu. Nie wytrzymał zbyt długo, wrócił do pracy. Już mu przeszło (w przeciwieństwie do mnie). Zaraz potem następny polski lekarz, tym razem dentysta. Odpukać, wielki sukces.
„Wesele” jednak będzie w Warszawie. Ciągle nie wiem, co z jakimiś wakacjami potem, pytanie brzmi, czy będziemy mieć wolne w pracy no i kasę. Ale jest dobrze :). Wiosna idzie, musi być dobrze.