Wielkanoc minęła deszczowo i śnieżnie. Nie było tego fajnego wiosennego klimatu, który chciałam pokazać M. Pamiętam, jak rok temu snułam plany o wyprawie z koszyczkiem w wiosennym słońcu, żonkilach i krokusach. Guzik. Nie poszliśmy z koszyczkiem, bo – jak co roku ostatnimi czasy – pogoda zachęcała co najwyżej do picia wina i zakutania się w zimowy sweter. Taką to zimę mieliśmy tej wiosny. Czy chwilowe słońce za oknem jest jakimś zwiastunem istniejącego gdzieś na świecie ciepła? Proszę???
Po świętach udałam się na parę dni urlopu do Zakopanego. M. został, bo zaczął nową pracę (to już chyba kiedyś było, cóż, jest znowu). Odpukać podoba mu się w tym nowym miejscu, zajmuje się zupełnie innymi rzeczami, niż do tej pory. Wreszcie wrócił do życia, bo ostatnie tygodnie w poprzedniej pracy dały mu mocno popalić.
Nie mogę się doczekać weekendu, chociaż jego część i tak spędzę w pracy (tadam, zdarza się i w państwowych placówkach). Natomiast pojawiło się coś, z czego jestem mega dumna, a mianowicie zaczynam sklecać małe zdanka po arabsku. Są dość idiotyczne, w stylu mieszkamy w domu, gdzie jest dużo okien i mała szafa :))). Najwięcej udawało się uczyć podczas urlopu, teraz to oczywiście jest jak jest. On z polskim dalej średnio stoi. Nie wiem, co zrobić, by w końcu zaczął mówić. Mógłby pójść na kurs, tylko żadnego nie ma. Moja mama konsekwentnie mówi do niego tylko po polsku, ale co to za komunikacja. Ma kilka książek do samodzielnej nauki, ale one średnio działają. Może gdyby bardziej się przyłożył, to byłyby większe efekty. Jakieś rady?