Jeśli jest jakiś powszechnie wolny piątek, to ja na pewno jestem w pracy :).
Wczorajszy dzień przypłaciłam małym poparzeniem słonecznym. Przesiedzieliśmy pół dnia na słońcu przy domowym sushi (ryż wyszedł!!! wyszedł!!!) i winie. Ja wyszłam z tego czerwona, a M… zwykły jak co dzień. Takiemu to dobrze. Oby dzieci miały jego karnację, Inszallah!
Do rzeczy. Za dwa tygodnie ślub, trochę chodzę po ścianach z nerwów i zastanawiam się, co jeszcze nie jest gotowe. Uparłam się jednak i chcę gdzieś wyjechać na urlop. Jest mi wszystko jedno, gdzie, wszystko mi się podoba, byle oderwać się na chwilę od tego młyna.
Mam dobrą wiadomość dla Czytelniczek :). Pocztą pantoflową dowiedziałam się, że mąż jednej z Was parę dni temu dostał wizę do Polski :). Gratulacje! Widać da się. Ktoś niedawno mi napisał, że może to jednak nie zawsze chodzi o politykę i zamykanie granic. Może jednak rzeczywiście jakiś procent podań o wizę jest odrzucany, ponieważ wnioski są źle sporządzone? Wszystkie dokumenty muszą być super przygotowane. Dobrze, jeśli jednak Polka to wszystko zrobi, bo zważywszy na arabskie postrzeganie porządku… Trzymam kciuki za kolejne wizy i realizację wszystkich fajnych planów :).
Jeszcze jedno chciałam powiedzieć, a ciągle zapominałam.
Mój M. nie nazywa się Mohamed :).