Jak jest z pracą w Polsce, każda wie. Nie ma. A jak już jest, to na śmieciówce, na trzy miesiące, za grosze albo dla kogoś innego. Dotyczy to przede wszystkim osób, które są nowe na rynku pracy. Ci, co zaczęli wcześniej, zdążyli się już zakotwiczyć albo nawiązać znajomości. Gdy już jakimś cudem znajdziemy pracę, najchętniej bylibyśmy widziani jako osoby, które zaprzedały firmie duszę, zamieszkały w biurze i nie chcą nic w zamian. Nie mówię, że ja mam taką sytuację w pracy. Pracuję w państwowej placówce, gdzie prawo pracy jest respektowane i stosowanie, a godziny pracy są jasno określone. Tak samo, jak ustalona jest ścieżka rozwoju (np. nie istnieje :)).
Ale rządzą światem pracy, państwowej i niepaństwowej, różne zasady, na przykład gdy chce się podwyżkę, nasza praca jest mało ważna, nieabsorbująca, łatwiutka i mamy za mały staż. Za to gdy chcemy wyjechać na dwa tygodnie urlopu, nagle stajemy się niezastąpionymi i najbardziej niezbędnymi pracownikami firmy, o wyłącznych uprawnieniach do wykonywania pewnych czynności i po prostu jest to niemożliwe, byśmy ot tak sobie zostawili biuro na pastwę losu. Jeśli już to robimy, wznośmy modły do nieba i dzięki składajmy prezesom, zarządom i organom prowadzącym naszą placówkę, bo dostąpiliśmy wielkiego zaszczytu i łaski wykorzystania wypracowanego osobiście dnia wolnego.
Chyba jestem złym człowiekiem. Ja swój urlop już dawno zaklepałam i nie miałam z tym większych trudności, ale w mojej pracy tak jest – bezpiecznie i z poszanowaniem prawa. Za to widzę, co się dzieje dookoła. Chcesz dzień wolny? Ale to musisz? A po co ci?
No dobrze, już go sobie weź. Nie martw się, obetniemy ci to z pensji, więc firma nie straci, spokojnie.
Albo nasze pensje. Jeśli pracodawca chce mieć pracownika za darmo, to niech zaprosi studenta na bezpłatną praktykę. Niektóre proponowane stawki są takie, że nie opłaca się wyjść z domu po bilet miesięczny. Ale skoro takie stawki są, to najwyraźniej ktoś je bierze.
Niektórzy cudzoziemcy – niektórzy? cholerna większość! – mają problem ze znalezieniem sympatycznej i dobrej pracy. Myślę, że łatwiej mają Europejczycy i to ci z bogatszych krajów, którzy są mile widziani w firmowych szeregach, o ile nie śmierdzą za bardzo groszem, bo wtedy wpędzą szefa w kompleksy. Ale gdy do Polski przyjeżdża Arab, już nie rozwijajmy kwestii zagrożenia bombowego ;), ma znacznie gorzej niż Niemiec i Polak. Często brak odpowiednich doświadczeń zawodowych. Co z tego, że pracuje dwa razy dłużej niż jego przeciętny europejski równolatek. Niespecjalnie ufamy Innym.
Ale, moje drogie, czas uciąć te czarnowidztwa dotyczące zatrudnienia Arabów w Polsce.
Wszyscy egipscy i arabscy znajomi M., a trochę ich się nazbierało przez ten rok, mieszkający w Warszawie, mają pracę. Taką czy inną – w biurze, sklepie, restauracji, kebabie (to ostatnie to przeważnie na chwilę, bo szybko przenoszą się gdzieś indziej). Zdaje się, że wszyscy, z małymi wyjątkami, mają karty czasowego lub stałego pobytu. Pieniądze przeważnie niewielkie, takie, że jak my już będziemy mieć za ileś lat taki staż zawodowy, co oni mają dzisiaj, i dostaniemy taką pensję, to walniemy wszystko w cholerę i stwierdzimy, że nie opłaca się pracować, skoro lata mijają, a pensja jak stała tak stoi.
Pensja niska, ale jest. Praca nie zawsze zgodna z marzeniami lub wykształceniem, ale jest. Skąd się biorą te historie o permanentnym bezrobociu Arabów? Jak ich obserwuję, a znam też kilku przedstawicieli innych nacji i kręgów kulturowych, to nie pracują tylko ci, co nie chcą. M. dostał w zeszłym roku więcej ofert pracy niż ja.
Podsumowując te moje zgryźliwe wywody, trzymam kciuki i życzę wytrwałości w pokonywaniu własnych i wspólnych obaw. I jeszcze jedna rada (dla Egipcjan, u Polaków to nie działa): wysyłanie CV naprawdę daje dobry skutek oraz warto zaufać innym arabskim znajomym, bo oni sobie wzajemnie pomagają.