Święta w Zakopanem były cudowne, ale zakończyły się trochę jak w amerykańskiej komedii. W drodze powrotnej jeszcze na Zakopiance, na wzniesieniu jakich pełno i jakich zaliczyliśmy w ciągu ostatnich dni całą masę, samochód odmówił współpracy. W tamtą stronę niby też coś się działo, ale ogarnął się po chwili i dotarliśmy bez problemów. Niestety, w stronę Warszawy już tak łatwo nie było. Samochód ma swoje lata, ale ma też mechanika-cudotwórcę, który utrzymuje go w świetnej kondycji. Nie takiej świetnej chyba jednak :). Dodam, że prowadziła moja mama, więc byliśmy tam w trójkę. Zjechaliśmy na bok, akurat był przystanek, i dalej wszystko potoczyło się jak w tych gorszych scenariuszach. Nie rusza z gazu, a po wyłączeniu silnika już w ogóle nie pali. Kręcił i kręcił i nie chciał zaskoczyć. Przyjechała laweta i zabrała nas do Warszawy. Nigdy nie oszczędzajcie na tym ubezpieczeniu! Już drugi raz wracamy ze Świąt w Zakopanem z samochodem na lawecie. To ciekawa historia, bo na Podhale samochodem jeździmy co i rusz, więc czemu tak na to Boże Narodzenie się zawziął? Więcej samochodem w grudniu tam nie jadę :).
Do tego do pracy wróciłam lekko przeziębiona. Nie wiem, jak mi się to udało, ale przeziębiłam się w Tatrach, w których właśnie z wszelkich chorób zawsze wychodzę.
Mimo wszystko Święta były wspaniałe, nawet padał śnieg, co jest jakimś atmosferycznym wyczynem ;). Jak zwykle o tej porze zaczęłam snuć plany na kolejny rok. Ten mijający jest przykładem tego, że plany potrafią się realizować. Miałam trzy główne, każdy zupełnie innego formatu: znaleźć pracę, pójść na kurs arabskiego i pokazać M. trochę więcej Polski. Z tego ostatniego punktu brakuje mi nadal spotkania z Morzem Bałtyckim. Może wreszcie wydarzy się to w przyszłym roku :).
Pierwszy stycznia wypada w niedzielę, chyba nie ma gorszego terminu, dzień, w którym zawsze lekki dół ściera się z uroczystym klimatem i nadzieją nowego początku. Niech Nowy Rok pozwoli Wam spełnić choć część Waszych marzeń. I niech zacznie się od dobrej pogody i braku kaca :).