December :)

December :)

Jakimś cudem za oknem pada śnieg, więc jest tak, jak w grudniu powinno być (tylko bez przesady i niech przestanie padać do popołudnia) :). Święta w tym roku w Warszawie, u nas w domu. Chyba mogę powiedzieć, że pierwszy raz w życiu będę urządzać wigilię u siebie – zawsze była albo w rodzinnym domu (czyli też u siebie, ale jednak bardziej u rodziców), albo potem u mamy. Tym razem mama i babcia przychodzą do nas. Podzieliłyśmy się pracą i nie mogę doczekać się tego okresu okołoświątecznego. W zeszłą niedzielę dwie godziny wycinałam i piekłam pierniczki, które teraz razem z M. zanosimy do naszych prac i już zapowiedziałam, że w weekend robię kolejną turę. Trochę znowu mam dziesięć lat, a trochę jak zwykle odpoczywam w kuchni. Fartuch cały w mące, zapach przypraw, skórka pomarańczowa, która nagle zaczęła mi smakować (WTF?!), w tle świąteczne piosenki. To jest to, co teraz chcę robić w niedzielę :). A po świętach… urlop.

Listopad

Listopad

Żyjemy żyjemy, tylko oboje mamy bardzo dużo pracy. Chyba to znacie. Wychodzisz z domu – jest ciemno, rozjaśnia się dopiero jak wejdziesz do biura, zanim wyjdziesz z pracy już się ściemnia, a gdy wracasz do domu jest czarna noc. Brakuje sił na cokolwiek po godzinach, blok na przeciwko widać tylko w weekend i orientujesz się np., że sąsiedzi mają zaawansowany remont balkonu. Albo że już prawie wszystkie liście opadły. Bezustannie czekamy na weekend, chociaż M. ma wolną tylko sobotę. Fajnie, że idzie grudzień, tyle dobrego. Ta zima musi kiedyś minąć – czy ja się aby nie powtarzam? 🙂

Jesień, czyli tłumy wróciły

Jesień, czyli tłumy wróciły

Nie wiem, jak w innych miastach, ale w Warszawie pojawiła się beznadziejna plaga, która nabiera chyba z każdym dniem coraz większych rozmiarów. Dorośli ludzie w każdym możliwym momencie siedzą z nosem w telefonie, tzn. smartfonie. W miejscu, w którym pracuję, jest dużo młodych osób, takich 20-25 lat, i oni to już wyglądają zupełnie jak jakieś roboty.

Chociaż… Roboty to jeszcze za dobrze brzmi. Stoją lub siedzą faceci, głowy pochylone, ekranik świeci się w dłoni. Garb rośnie (strach pomyśleć, co będzie z tym pokoleniem za kilka lat takiego wichnięcia karku). Nie rozmawiają z nikim i nie rozglądają się. Internet, zamiast otwierać im okno na świat, zamyka ich w introwertycznym kokonie, a już na pewno nie pomaga w nawiązywaniu prawdziwych kontaktów. Ci wszyscy ludzie strasznie się przy tym infantylizują, bo wyglądają jak nieco wyższa i motorycznie ustabilizowana wersja nieśmiałego uczniaka z podstawówki bawiącego się game boyem (żeby!). Przychodzi taki gość do nowego miejsca i głowa oczywiście pochylona, ja się niczym nie stresuję i nie boję, w ogóle co to nie ja, ale nos dalej w Facebooku i tylko raz na jakiś czas, z obawą żeby nikt nie zauważył, podnosi głowę i patrzy spod oka dookoła, szukając pokoju lub człowieka. Woli dokopać się do maila, żeby sprawdzić numer sali, zamiast zapytać najbliżej stojącą osobę.

Jak dla mnie taki facet, gapiący się w dół na jakiś durny ruchomy obrazek formatu pięć na dziesięć, w ogóle nie jest atrakcyjny. Zastanawiam się, czy w czasie spotkania z dziewczyną też nie rozstaje się z telefonem, trzymając go gdzieś w bezpiecznym zasięgu dłoni, żeby wypełnić czymś ewentualną chwilę ciszy na randce. Oczywiście nie gadamy z tego powodu, że jesteśmy tak zajęci pracą w telefonie. No na pewno nie dlatego, że jestem nudziarzem, który już dawno zatracił umiejętność błyskotliwej rozmowy z ludźmi.

To wszystko piszę oczywiście pół żartem pół serio, chociaż często myślę sobie, co takiego fajnego jest w regularnym gapieniu się na telefon. Zróbcie sobie czasem taką grę, wejdźcie do byle jakiego autobusu czy pociągu i spójrzcie na byle jaki rząd siedzeń i w byle jakim kierunku, zawsze się znajdzie jakiś młotek z telefonem. Ja po ośmiu godzinach patrzenia w komputer wcale nie mam ochoty kontynuować czytania na małym ekranie. Może to jest mimo wszystko chwilowa moda, tak jak laptopy ustąpiły miejsca smartfonom (pod kątem tej właśnie funkcjonalności, bo prościej wziąć telefon niż rozkładać się z komputerem na korytarzu), tak może i telefony w końcu się znudzą i ludzie zajmą się czymś innym? Czytaniem książek lub codziennej prasy na przykład? Wyglądaniem za okno autobusu? Po prostu siedzeniem i odpoczywaniem, nie daj Boże?

Nie ma ta notka wiele wspólnego z międzykulturowością, no, może tylko tyle, że smartfonowe zdziecinnienie społeczeństwa dotyczy nie tylko Polaków, ale też krajów Zachodnich (spójrzcie na takich turystów, siedzi piątka studentów w restauracji w centrum Warszawy i każdy z nosem w telefonie) i arabskich, bo w takim np. Egipcie już dawno wszyscy przytwierdzili się do telefonów. Gdy poznałam M. cztery lata temu, nie mogłam się nadziwić, co tak wszyscy dookoła trajkoczą przez telefon, chociaż trajkotanie to jeszcze inna i z pewnością wyższa sprawa, niż marnowanie czasu w sieci. To M. pokazał mi, jak działają internetowe komunikatory. Przyszła zaraza i do nas. Jak bardzo ci naturalni smartfonowcy będą kiedyś różni od nas?

Wrzesień

Wrzesień

Wrzesień dał nam pogodowo popalić. U mnie w pracy jeszcze nie grzeją, niby zapasowy piecyk jest rozkręcony, ale to niewiele pomaga i w efekcie ostatnie trzy dni przesiedziałam w zimowych swetrach. Wydaje mi się, że jesień przyszła wcześniej, niż powinna. Ale tym razem ta pora roku zaczyna się dla nas w idealny sposób – urlopem :). Kończymy lato ciepłym, miejmy nadzieję, wyjazdem. Bez monitorów, maili, może w ogóle bez internetu (najlepiej). Taki przerywnik w tym pędzącym roku. Do zobaczenia! 🙂

Koniec lata

Koniec lata

Wczoraj były moje dwudzieste dziewiąte urodziny. Może dama nie powinna mówić o swoim wieku, ale co mi tam ;). W ramach akcji urodzinowej zakładamy z M. akwarium. Marzyłam o jakimś zwierzątku, a nie mogłam się zebrać i podjąć jakiejś decyzji. No to mamy namiastkę… Rybek na razie jeszcze nie ma, bo akwarium musi dojrzeć i wyregulować sobie skład wody. Dzisiaj mają dojechać korzenie i roślinki. W dzieciństwie miałam wielkie akwarium, stało u nas jakieś czternaście czy piętnaście lat. Po kilku latach przerwy reaktywacja, chociaż zaczynamy we dwoje od mniejszego litrażu :).

M. zaczął półintensywny kurs polskiego. Normalny, płatny, w normalnej szkole. Widzę już poprawę w jego gramatyce, gdy odrabia prace domowe. Z drugiej strony i tak powinnam pominąć to wszystko milczeniem, skoro facet jest tu już trzy lata. Ale przymykam oko, chyba za to akwarium ;). Polskie lato dobiega końca, ludzie wrócili do Warszawy i znowu zaczynamy stać w korkach. Ale za jakiś czas, po jego kursie, zmykamy na porządny urlop.

W ramach urodzin oglądaliśmy wczoraj trzecią część „Harry’ego Pottera” na DVD. Po raz pierwszy oglądałam to razem z M., który, chociaż lubi fantastykę tak samo jak ja, nigdy nie chciał się przekonać do tych kilku ulubionych książek mojego dzieciństwa. Z niektórych rzeczy nie wyrosłam, a może one wcale nie są dla dzieci :).

Cichej, spokojnej Nocy

Cichej, spokojnej Nocy

Ostatni miesiąc zrobił coś takiego z moją organizacją czasu, że dzisiaj czuję się dziwnie, gdy nie mam nic do roboty. Po pracy normą jest kolejna praca – sprzątanie, zakupy, robienie obiadu na następny dzień, zabawa w nowo odkryte hobby, wyjście na WF (praca to jeszcze czy nie praca?). Wszystko, żeby tylko nie siedzieć i nie zastanawiać się nad niczym. Teraz, przed Świętami, oczywiście było dużo różnych rzeczy do zrobienia, które konsekwentnie wypełniały mi czas. Robiłam to wszystko, aż dotarłam do punktu, w którym naprawdę już wypadało usiąść na kanapie, wziąć do ręki gazetę i lampkę wina i poodpoczywać trochę. Chwilę mi zajęło, zanim stwierdziłam, że rzeczywiście – teraz mam czas wolny.

M. ma nową pracę. Chyba aż boję się mówić, że ma, bo nigdy nie wiadomo, co znowu się wydarzy. Znowu się nie widujemy, ale za to jeśli już, to wreszcie mam z powrotem mojego męża. Wrócił do żywych. Znika na blisko dwanaście godzin i jest cały z siebie zadowolony. Wróciła energia (nie wiem, skąd ją bierze, ale skądś najwyraźniej), dobry nastrój, aktywność. Jakby wyzdrowiał. Oby tak zostało, oby jak najdłużej.

Święta spędzamy w Warszawie, pierwszy raz w nowym domu. Jeśli chciałybyście wiedzieć, jaka jest Warszawa na Wielkanoc, to przede wszystkim pusta, cudowna :). I zimno jak diabli. Nie wierzę już w żadne ciepłe dni, mam wrażenie, że one nigdy nie nadejdą i pozostanie nam gnić w tej zimnej wilgoci i spoglądać na swoje blade jak ściana odbicie w lustrze. Jakbyśmy nigdy słońca nie widzieli.

Tym, co mają więcej szczęścia i słońce za oknem – Wesołych Świąt! A nam wszystkim pozostałym – Smacznego przynajmniej, na przekór :).

Marzec

Marzec

Nie pisałam od sześciu tygodni, więc postanowiłam w końcu dać Wam jakiś znak życia ;). U nas niewiele się zmienia. M. szuka pracy, w międzyczasie jedną podjął, ale po dziesięciu dniach zamknęli firmę i wszystki zwolnili, łącznie z szefami – czy to normalne? Po co zatrudniali nową osobę? Chociaż z drugiej strony, im więcej takich historii, tym mniejsze zaskoczenie :).

Mam teraz pracowity czas, bo dużo się dzieje u nas w domu. Moja siostra wychodzi za mąż, ja świadkuję, przyjeżdża jej szwagierka ze swoim egipskim mężem. Wspaniała okazja, by, nawet niewerbalnie, zadać jedno z moich ulubionych pytań – czy ja wyglądam na kogoś zniewolonego? 😉 I to będziemy dwie!

Po ślubie uciekam na parę dni z Warszawy pooglądać krokusy, jeśli będą. Marzę o paru dniach wolnego. Wrócę do Was, gdy coś się zadzieje :).

Luty

Luty

Jakoś tak pesymistycznie tu ostatnio było. Trochę nic dziwnego, w końcu starcie z rasizmem boli, no i do tego znowu problem z pracą, ale trzeba to sobie jakoś odpowiednio poukładać w głowie i żyć dalej. Tak też zrobiliśmy.

Atmosfera w domu była ciężka, trzeba przyznać. Postanowiłam jednak to zmienić, stwierdziłam, że chyba mimo wszystko za mało go wspieram, bo sama jestem dość słabym człowiekiem. Jak ma się być twardym przez dłuższy czas, to nikt tak nie wyrobi. Zmieniłam nastawienie w trybie „od tej chwili”, zrobiłam mu w pracy laurkę i otworzyłam wino w domu. Poszłam wreszcie na moje zajęcia sportowe, wysprzątaliśmy dom, sięgnęłam po coś do czytania, zamiast bezmyślnie siedzieć przed telewizorem. Wyszliśmy z tego marazmu. Od tego czasu jest lepiej. Niech tylko jeszcze minie ta zima, bo ja mam jej już naprawdę dosyć :).

Może każda para ma swoje wzloty i upadki? Trzeba umieć się wspierać. Brzmi trywialnie, ale wierzcie mi, to bywa niezły wyczyn.

Zmieniając temat, zauważyłam znowu w Internecie jakieś niefajne poruszenie pomiędzy „arabskimi” żonami. Rzeczywiście, mnóstwo jadu w tej małej grupce społecznej. Czy to cecha wszelkich zbiorowości, nawet wirtualnych? I nie chodzi o tego czy tamtego bloga, tylko o zwykłą codzienną komunikację. Dziewczyny! Problemów nie macie? Założę się, że macie, to po co sobie jeszcze dokładać? Zamiast robić sobie docinki, czy nie lepiej byłoby napisać wprost, jaki jest mój problem i zapytać, skąd przyjdzie pomoc? Wydaje mi się, że takie małe społeczności właśnie od tego mogłyby być, żeby w pierwszej kolejności pomagać. Dobra wiadomość jest taka, że można taką postawę wdrożyć od zaraz.

Na ten Nowy Rok

Na ten Nowy Rok

Święta w Zakopanem były cudowne, ale zakończyły się trochę jak w amerykańskiej komedii. W drodze powrotnej jeszcze na Zakopiance, na wzniesieniu jakich pełno i jakich zaliczyliśmy w ciągu ostatnich dni całą masę, samochód odmówił współpracy. W tamtą stronę niby też coś się działo, ale ogarnął się po chwili i dotarliśmy bez problemów. Niestety, w stronę Warszawy już tak łatwo nie było. Samochód ma swoje lata, ale ma też mechanika-cudotwórcę, który utrzymuje go w świetnej kondycji. Nie takiej świetnej chyba jednak :). Dodam, że prowadziła moja mama, więc byliśmy tam w trójkę. Zjechaliśmy na bok, akurat był przystanek, i dalej wszystko potoczyło się jak w tych gorszych scenariuszach. Nie rusza z gazu, a po wyłączeniu silnika już w ogóle nie pali. Kręcił i kręcił i nie chciał zaskoczyć. Przyjechała laweta i zabrała nas do Warszawy. Nigdy nie oszczędzajcie na tym ubezpieczeniu! Już drugi raz wracamy ze Świąt w Zakopanem z samochodem na lawecie. To ciekawa historia, bo na Podhale samochodem jeździmy co i rusz, więc czemu tak na to Boże Narodzenie się zawziął? Więcej samochodem w grudniu tam nie jadę :).

Do tego do pracy wróciłam lekko przeziębiona. Nie wiem, jak mi się to udało, ale przeziębiłam się w Tatrach, w których właśnie z wszelkich chorób zawsze wychodzę.

Mimo wszystko Święta były wspaniałe, nawet padał śnieg, co jest jakimś atmosferycznym wyczynem ;). Jak zwykle o tej porze zaczęłam snuć plany na kolejny rok. Ten mijający jest przykładem tego, że plany potrafią się realizować. Miałam trzy główne, każdy zupełnie innego formatu: znaleźć pracę, pójść na kurs arabskiego i pokazać M. trochę więcej Polski. Z tego ostatniego punktu brakuje mi nadal spotkania z Morzem Bałtyckim. Może wreszcie wydarzy się to w przyszłym roku :).

Pierwszy stycznia wypada w niedzielę, chyba nie ma gorszego terminu, dzień, w którym zawsze lekki dół ściera się z uroczystym klimatem i nadzieją nowego początku. Niech Nowy Rok pozwoli Wam spełnić choć część Waszych marzeń. I niech zacznie się od dobrej pogody i braku kaca  :).

It’s the most wonderful time of the year :)

It’s the most wonderful time of the year :)

Grudzień, Święta! Mój czas :).

Poza sierpniem i okresem wakacyjnym, kiedy wydarzają się jedyne w roku akceptowalnie ciepłe dni i nikogo nie ma w Warszawie, grudzień jest moim ulubionym miesiącem. Uwielbiam światełka, choinki, świeczki, skarpetki i kocyki. Gdy się da, robimy z M. różne świąteczne rzeczy, na przykład oglądamy „Love Actually” i „Listy do M.”, jemy pierogi z kapustą i grzybami i pieczemy piernik. Poszlibyśmy pooglądać dekoracje świetlne na starówce, gdyby przestało padać. Dzielny jest.

Na Święta wyjeżdżamy całą rodziną na Podhale. M. pierwszy raz zobaczy tamtejsze Boże Narodzenie, ja sama nie mogę się doczekać. To już w przyszłym tygodniu, a fajną atrakcją są urwane dodatkowe dwa dni wolne. Ostatnie święta bez M. spędzałam właśnie w Zakopanem, trzy lata temu, wtedy gdy tak wiało i straty górale liczą chyba do dziś. To w czasie tamtego Bożego Narodzenia właśnie zdecydowaliśmy, że on przyjedzie do Polski, a nie ja do niego. Jeszcze nie wiedziałam wtedy, z czym się to wszystko je, jak to jest z wizą, pozwoleniem na pobyt i tak dalej. Trzy lata później jestem z nim tutaj, razem, od półtora roku żona :).