Wczoraj minął nam rok bycia razem. Być może nie jest to normalny rok, jak to ludzie zwykle mają, gdzie spotykasz się co chwilę ze swoim chłopakiem i spędzacie razem około pięćdziesiąt weekendów, ale mimo wszystko jest to ROK.
Po roku chyba mogę powiedzieć coś, co powinno podnieść na duchu inne osoby w podobnych związkach. Mówi się i czyta dużo o tym, że międzynarodowe związki są fajne na odległość, to znaczy – fajne wtedy, gdy Ty jedziesz do niego, spędzacie bajkowy tydzień w egzotycznym kraju w pięknej scenerii, morza szum, palmy kołyszą się na wietrze, noce się nie kończą, wszędzie jest pełno kolorów i emocji, istny miodowy miesiąc. Niestety, bajeczka szybko się kończy i wracasz do zimnej Polski, ale nie martw się, będzie znowu cudownie, jak tylko do niego pojedziesz.
Eksperci twierdzą, że na tym kończą się możliwości tych związków, bo jeśli cud się stanie i Twój luby przyjedzie do Polski, zabije Was szara codzienność. Ani palm, ani jedzenia sobie z dzióbków. A przecież o tym wszystkie marzymy, prrawda. Ludzie są w stanie z sobą być w warunkach idealnych, ale Twój delikwent już się nie sprawdzi w normalnym życiu. Bo dlaczego miałby się sprawdzić?
Hm.
Moim zdaniem teraz jest między mną a M. znacznie lepiej, niż w zeszłym roku, gdy zaczynaliśmy, albo nawet jeszcze w tym, podczas miesiąca, który wiosną spędziłam w Egipcie. Mi tam się nie marzyło, żeby życie wyglądało jak niekończące się wakacje. Trzeba, naturalnie, przyznać że tygodnie spędzone w Sharmie były rzeczywiście jak z bajki i wspólnie spędzone dni były znacznie bardziej romantyczne i emocjonujące, niż teraz. Ale wolę to wszystko, co teraz robimy razem – prowadzenie domu, robienie zakupów, oglądanie dvd na kanapie, niż to, co było na początku. Teraz jest w końcu to, czego chcieliśmy od dawna, jesteśmy razem, jak ludzie. I M. sprawdza się w domu tak samo, jak w hotelu :).
Czasem oczywiście odzywa mi się taki głosik, że tęsknię za tym uczuciem, gdy odbierałam bagaż na lotnisku w Sharmie i szukałam M. na hali przylotów wśród rezydentów. I gdy jechaliśmy taksówką przez oświetlone miasto, a ja wiedziałam, że właśnie zaczyna się kolejny odcinek bajki.
Ale uczucie, które pojawiało się później, od ostatniego dnia pobytu począwszy, i które towarzyszyło mi przez kolejne tygodnie, jest nie warte tego wszystkiego. Naprawdę wolę szarą codzienność. A szaro to się w Polsce powoli robi, i dobrze. Rocznica? Gotowanie, pieczenie muffinków, wino i telewizja. Nie chciałam nic więcej.
M. dostarczył kolejne dokumenty do urzędu, będzie miał NIP, a za dwa tygodnie będziemy już wiedzieć, czy zostanie.