Niby Zachód taki zepsuty

Niby Zachód taki zepsuty

Znacie już nieco historię zerwanych zaręczyn w rodzinie M. Może trochę z tym przynudzam, ale nadal jestem pod wrażeniem przebiegu całej tej sprawy. Czy to dlatego, że nie znam wystarczająco dobrze egipskich obyczajów i norm społecznych? Z pewnością nie znam ich tak, jak osoby, które mieszkają w Egipcie. Egipski mąż w Polsce to jednak taki trochę spolszczony mąż. A tymczasem jego rodzina żyje sobie po egipsku w najlepsze. Chociaż „najlepsze” to teraz raczej nie najlepsze określenie.

Jak już wiecie, zaręczyny zostały zerwane, serca złamane (a nie, czekaj) ale to nie koniec problemów. Niedoszły pan młody przekazał swojej ówczesnej wybrance parę sztuk ładnego złota, o wartości takiej, co my w Polsce sobie raczej nie dajemy na zaręczyny. Postawa typu zastaw się a postaw się. W każdym razie, M. twierdzi, że zgodnie ze zwyczajem te prezenty narzeczeńskie, a przede wszystkim złoto we wszelkich odmianach, jest niby prezentem dla narzeczonej, ale w przypadku zerwania zaręczyn pierścionki trzeba oddać. No, my w Polsce też oddajemy, chociaż ponoć elegancki mężczyzna pierścionka z powrotem nie przyjmie. W przytoczonej historii zaręczyn panienka nie tylko nie oddała pierścionka (-ów), ale wręcz stwierdziła, że już go (ich) nie posiada, bo je sprzedała.

Szok podobno co nie miara! M. mówi, że nigdy nie słyszał, by ktoś sprzedał zaręczynowe złoto przed ślubem. Że niby to złoto nie jest takie jej do końca, więc nie może go sprzedać. Oczywiście, piszę tu o młodych już nie-narzeczonych, ale sprawa toczy się tak naprawdę pomiędzy rodzicami i całą resztą dorosłej rodziny, podczas gdy najbardziej zainteresowani niedoszli małżonkowie siedzą z nosem w telefonach i mają sprawy finansowe, czy jakiekolwiek wymagające odwagi cywilnej i dojrzałości, w głębokim poważaniu.

Cóż, rodzice pana młodego mimo wszystko poprosili o zwrot złota lub pieniędzy. Kontakt z rodziną dziewczyny nagle stał się bardzo utrudniony, tamci nie chcieli się spotkać, niczego powyjaśniać ani nawet poprosić o przesunięcie terminu zwrotu kosztowności. I wiecie co? Wszystko trafiło teraz do sądu. Co dalej będzie, jeszcze nie wiemy, bo wszystko w egipskich sądach długo trwa, może tak jak w Polsce.

Rozmawiałam z M. na ten temat już tysiąc razy i przyjmuję jakoś do wiadomości, że takie tam panują reguły, że pierścionek oddajesz, bo pan młody (a raczej jego rodzina) nie będzie eleganckim rycerzem i nie machnie na to ręką. Ale w tym kontekście to ja jednak bardzo proszę, sama już nie wiem kogo, ale proszę, by nie mówić, że tylko kraje zachodnie czy europejskie to są takie zepsute, że tylko im zależy na pieniądzach, a wschód to jest uduchowiony, świątobliwy i ponad to. Jak tak patrzę, co się w Egipcie czasem wyczynia, to nie mam wątpliwości, że im to dopiero chodzi o kasę. Może jest też trochę tak, że ci, co mają pieniądze, nie przejmują się nimi, a jak pieniędzy nie ma, to się ciągle o nich myśli? No to po jakie licho pakować większość oszczędności w zaręczynowe prezenty, skoro najważniejszy jest fakt zaręczenia się? Bo co, bo taniej rodzice panienki nie oddadzą? Kultur się nie ocenia, najwyraźniej takie tam są zasady i nie ma co z nimi walczyć. Ale ile sobie człowiek pokomplikuje życia, to ja współczuję.

Być może najsmutniejsze w całej tej sytuacji jest to, że obie rodziny są teraz w głębokim konflikcie, a to takie rodziny, co się znają całe życie i są prawie jak jedna. Wszyscy zostali wciągnięci w tę niezgodę, jedni oczekują czegoś od drugich, ci drudzy „zdradzają” swoich, no po prostu jeden wielki ból głowy. I w sam środek tego wszystkiego przyjeżdża teraz M., na święta, w odwiedziny do ojca, który załamał już chyba wszystkie ręce nad poczynaniami swoich potomków. Tak sobie myślę, że nawet, jeśli ta sytuacja się jakoś rozwiąże i pieniądze wrócą do domu, to nic już nie będzie jak dawniej i przyjaźnie się pokończą. Albo w każdym razie bardzo zmienią. A dzieciaki co? Mają wszystko w nosie i nic je nie obchodzi! Warto było, no powiedzcie?

Ramadan Kareem!

Ramadan Kareem!

Kolejny Ramadan w Polsce. Dzięki internetowi 🙂 otworzyłam niedawno szeroko oczy ze zdumienia: czy wiecie, że wiele Polek pości razem z muzułmańskimi partnerami? Ciekawa jestem, czy one też przyjęły Islam, czy po prostu chcą wspierać mężów i narzeczonych, pomagając im wytrwać w całomiesięcznym poście. Nigdy nie rozważałam tego tak na serio, czy sama mogłabym i chciała spróbować takiego postu. Wiedziałam, że oczywiście każdy robi, co chce, i ja też mogłabym spróbować, ale pozostawało to i pozostaje dalej w sferze dalekiej (dalekiej!!!) niemożliwości.

Dlaczego miałabym pościć, skoro jestem chrześcijanką, która nawet sama nie zachowuje postu w piątki? Chyba nawet w Wielkie Piątki. Tak, jestem beznadziejna. Ale nie chciałabym podejmować takiej próby, jaką jest post w Ramadanie, bo wydaje mi się, że to jednak próba potężna i dla mnie nie do przejścia. O ile bez jedzenia tyle o ile dałoby radę wytrzymać, nawet wskazane czasem byłoby zrobienie sobie takiego detoksu organizmu, o tyle bez wody nie ma opcji. I nie wierzę, by jakikolwiek lekarz pochwalał taką praktykę. Ciekawe w ogóle, co o poście w Ramadanie mówią bliskowschodni lekarze, albo doktorzy pracujący z poszczącymi pacjentami.

Jednocześnie bardzo podziwiam muzułmanów zachowujących post przez cały miesiąc. Gdy robią to, bo naprawdę chcą, wierzą w sens postu, potrzebują go, a nie tylko dlatego, że tak wypada. W Egipcie widziałam wiele osób z pokorą i spokojnie znoszących te trudy, podczas gdy turyści przy stoliku obok opychali się pysznymi obiadkami i pili morze napojów. Wreszcie, podziwiam Polki, chrześcijanki, które zdecydowały się pościć razem z egipskimi mężami! Macie, dziewczyny, zdrowie. Czy Wasi panowie robią coś tego pokroju dla Was? Nie wiem, co by to mogło być?

M. dalej boryka się z mniejszymi i większymi odcieniami swojego chybotliwego stanu zdrowia. Przez jakiś czas było ok, a teraz jakby co nieco wróciło. Jest pod opieką lekarzy, kolejne badania w drodze. Nie pociesza fakt, że dwóch przyjaciół, którzy też wyjechali z Egiptu, choruje na podobne przypadłości. Tak, jakby jakieś problemy zdrowotne zaczynały dawać o sobie znać po kilku latach życia w innym klimacie i innej kuchni. Innej, bo np. pozbawionej cukru, litrów starego oleju, kilogramów fasoli itp. Nie mówię, że w Polsce żyje się jakoś szczególnie zdrowo. Ale kilka dziadowskich żywieniowych nawyków wyniesionych z Egiptu M. przeszło. A i tak kłopoty się odzywają. Oby Wasi partnerzy nie mieli takiego syndromu, jak M. i jego przyjaciele.

Chciałabym, żeby M. ten miesiąc przeżył duchowo tak, jak to kiedyś robił w Egipcie. Tym razem chyba powinno się to trochę udać – na święta wyjeżdża do Egiptu na dwa tygodnie, odwiedzić rodzinę. Czas będzie idealny 🙂

Wszystkim osobom będącym w temacie 🙂 życzę, aby ten miesiąc był czasem refleksji, wyciszenia i koncentracji na najważniejszych życiowych sferach. A do tego wytrwałości we wszelkich postanowieniach i siły, aby robić swoje, mimo wszystko. Ramadan Karim! 🙂


Wiosna

Wiosna

Chyba wreszcie pożegnaliśmy zimę. Grube płaszcze zamieniliśmy na lżejsze odpowiedniki. I wreszcie nie robi się ciemno o osiemnastej… M. zamknął pierwszy miesiąc, a właściwie półtora w swojej firmie. Ku naszej uldze wyszedł na swoje, nawet na jakiś niewielki plus. W porównaniu z porażką, którą poniosła jego pierwsza firma trzy lata temu, to jest spory sukces. To był też inny profil działalności. Na jakieś lepsze rezultaty trzeba będzie jeszcze poczekać i na pewno nie zawsze będzie wszystko na plus, ale cieszę się, że pierwszy miesiąc udało mu się zamknąć bez strat. Ważne, że są klienci, którzy do niego wracają i wszystko jest podobno ok. Chyba mogę już zdradzić, że M. otworzył własny niewielki sklepik z żywnością śródziemnomorską i arabską na Hali Mirowskiej w Warszawie. Sprzedaje tam np. oliwki, hummus, chlebki, różne arabsko-podobne pasty, sery, ale też przyprawy, suszone owoce, bakalie, mąki, ryże itd. Także jeśli chcielibyście spróbować różnych zagranicznych smakołyków, albo Wasi partnerzy szukają miejsca, w którym znajdą znajome produkty, to zapraszamy – sklep nazywa się Hamsa, pawilon nr 40 :). A jak powiecie, że znacie sklep z tego bloga, to będzie 10% zniżki :). Chyba pierwszy raz robimy taki „biznes” w Internecie! :))) Czuję się jak odkrywca.

Zbliża się Wielkanoc i robimy w tym roku coś nowego, a mianowicie wyjeżdżamy z M. na trzy dni nad morze (polskie ;)). Przeprosiłam rodzinę, my też nie jesteśmy wszyscy jakoś bardzo przywiązani do tradycji wielkanocnych. Bardzo potrzebuję chwili oderwania się od pracy, więc to jest doskonała okazja. No i wreszcie – o ile tylko nic nie stanie nam na drodze – M. po raz pierwszy zobaczy Morze Bałtyckie. Mnie też tam nie było od piętnastu lat. Zawsze tylko góry, bo gdzie jak nie w góry? Także bardzo się cieszę i odliczam dni. Nie wiem, jakie ciuchy tam wziąć :). W czym się chodzi nad morzem, żeby było ciepło i wygodnie? Chyba trochę wieje? A buty jakie najlepiej? Na Podhalu to bym wiedziała, ale na Pomorzu? 🙂

Zaręczyny i już po

Zaręczyny i już po

Pamiętacie, jak jakiś czas temu pisałam Wam o zaręczynach w rodzinie M? W ciągu jednego roku zaręczyły się dwie pary, dziewczyny miały po 20 i 17 lat. Właśnie dowiedzieliśmy się, że narzeczeństwo tej młodszej (na Boga) rozpadło się. Pośród różnych spraw związanych z tym tematem ta jedna akurat mnie nie dziwi.

Nie znam zbyt wielu szczegółów, bo tak to zwykle z M. wygląda, że wisi na telefonie z siostrą pół godziny, a potem potrafi powiedzieć dwa zdania na temat tego, o czym rozmawiali. Ogólnie młodzi ze sobą za bardzo już nie gadają, za to masa dorosłych członków rodziny jest zaangażowana w rozwiązywanie ich konfliktu, a może raczej rozwiązywanie dealu. Nie wiem, co mnie w tym wszystkim najbardziej dziwi. Fakt wtrącania się w życie dzieciaków, robienie szumu wokół małoletniego związku, czy wydawanie gówniarzy za mąż? Być może nie powinna mnie dziwić żadna z tych rzeczy, skoro od prawie sześciu lat jestem związana z Egipcjaninem, ale chyba jednak nie mogę pozbyć się mojego europejskiego punktu widzenia. Tak jak nikt mnie nie przekona, że lepiej by facet miał cztery żony niż kochanki, tak nie uwierzę, że zaręczyny w szkole średniej są świadectwem dojrzałości.

To przykład sytuacji, w której niby mamy z M. podobne zdanie i podejście, ale nie do końca. Oboje uważamy, że dzieci w tak młodym wieku nie powinny planować ślubu i zakładania rodziny. Ona ma 17 lat, on może z 20-coś. M. zna swojego siostrzeńca i jego panienkę i mówi, że to zdecydowanie są dzieciaki. Tak na wypadek, gdyby ktoś podejrzewał młodzież o jakąś wielką dojrzałość jak na swój wiek. W każdym razie, my uważaliśmy, że te całe zaręczyny to za szybko. Teraz, gdy wszystko się rozpadło, ja mam ochotę zbombardować rodzinkę pytaniami pod tytułem „i na co Wam to było”, ale M. z kolei mówi jak zwykle, że to inna kultura, tam wszystko jest inaczej. Zaręczyny są początkiem czegoś (czegokolwiek), u nas są zwieńczeniem. Skoro zaręczyny są punktem wyjścia, wiele się może potem zdarzyć, ale w praktyce niechętnie się zaręczyny odwołuje. W Egipcie zaręczają się często ludzie, którzy mało co się znają. U nas się mieszka latami razem przed ślubem. Tośmy odkryli Amerykę.

Może chcielibyście wiedzieć, dlaczego w ogóle doszło do tego „zerwania”. Nie znam zbytnio szczegółów (patrz dwa akapity wyżej), ale prawdopodobnie młodziutka narzeczona została przyłapana na „ciekawej” rozmowie telefonicznej z jakimś innym chłopakiem, ściemniając, że to narzeczony. Nie wiem, na ile to prawda, a na ile rezultat egipskiego plotkarstwa kobiet, którym się nudzi. Najprościej byłoby posadzić oba bachorki przy jednym stoliku i pozwolić im ze sobą porozmawiać, ale zamiast tego tłum dorosłych osób skacze sobie do gardeł, rozwiązując przedszkolne problemy. Btw, to za samą rozmowę z mężczyzną grozi rozwód? Chociaż trochę się zgodzę, chciałaś być dziewczyno obwieszona złotem i siedzieć na tronie, to przynajmniej nie flirtuj na prawo i lewo. Złoto jest nie dla dzieci.

Mi ręce opadają, gdy na pytanie, jak siostrzeniec się teraz czuje, M. mówi, że jest spoko i że chłopak ma to gdzieś. Nie wygląda to na złamane serce, które chyba towarzyszyłoby zerwaniu zaręczyn w Polsce. I w ogóle sama idea zaręczyn dwóch osób, które w gruncie rzeczy są sobie obojętne, jest dla mnie absurdalna. To pewnie przez moje wąskie horyzonty, już nic się z tym nie zrobi.

Staram się namówić M., żeby się za bardzo do tego wszystkiego nie mieszał, i tak jest daleko. Ale to kolejna różnica w naszych podejściach, ja nie lubię rodzinki wpychającej nos w nieswoje sprawy, a dla niego to normalka, bo to taka kultura. Mieszać się nie będzie, ale od tygodnia telefony i Messengery się urywają. Widocznie oni lubią (a może muszą) komplikować sobie życie. Co ja mogę, nie zawrócę kijem Wisły.

Walentynki poszły w odstawkę

Walentynki poszły w odstawkę

Zeszłoroczne Walentynki spędzaliśmy osobno, bo M. był w tym czasie w odwiedzinach u rodziny w Egipcie. W tym roku będziemy razem, ale nie mamy żadnego planu, nawet co zrobić do jedzenia :). M. drugi raz otwiera firmę. Tym razem innego typu i jest do tego znacznie lepiej przygotowany. Więcej na razie nie zdradzę, ale jeśli mi pozwoli, to wkrótce Wam opowiem coś więcej. Jak zwykle polsko-egipskie zabobony w stylu zapeszanie, złe oko i te sprawy… Między innymi dlatego ledwo pamiętamy, że dziś są Walentynki, chociaż ja i tak przygotowałam dla M. prezent handmade :). I będę go pakować na ostatnią chwilę, zanim ten wróci z pracy 😐

Walentynki w Egipcie podobno obchodzone są tak jak u nas, być może z trochę niezdrowym cukrzeniem w stylu maskotki, serduszka i buziaczki w ramach kategorii estetycznych dla dorosłych kobiet. Innymi słowy, to, co u nas lubią dzieci w wieku dojrzewania, tam lubią stare baby. Ewentualnie, nie ma Walentynek tak samo, jak nie ma urodzin, rocznic, Sylwestrów, prezentów i w ogóle niczego, bo to dla bogaczy. Ale ja się na tym nie znam, najchętniej poczytałabym o Waszych doświadczeniach w tym temacie :).

And no one dared disturb the sound of silence

And no one dared disturb the sound of silence

Spokojnie ale pracowicie i dość szybko mija pierwszy miesiąc kolejnego roku. Jednocześnie jest to pierwszy miesiąc na karcie stałego pobytu M. Ilekroć sobie o niej przypominam, czuję ulgę i jakąś taką lekkość na sercu. Jednak to jest inne samopoczucie, niż na karcie czasowego pobytu. Niby wszystko jest tak samo, a zupełnie inaczej. Jak ze ślubem!

Nie odzywałam się ostatnio, bo od czasu odbioru karty nie zadziało się nic szczególnego w naszym małym życiu. W przeciwieństwie do kraju, dla którego tegoroczny styczeń jest fatalny i na wiele lat taki pozostanie w publicznej pamięci.

Niedługo minie też rok od wizyty M. w Egipcie, ale na razie się tam nie wybiera. Postaram się dawać znaki życia częściej, niż raz na sto lat ;).

 

Karta stałego pobytu

Karta stałego pobytu

M. odebrał dziś kartę stałego pobytu! O pozytywnej decyzji wiedzieliśmy już 10 dni temu, ale nie chciałam nic pisać, dopóki nie będzie karty w ręku. Wiecie, zapeszanie, odpukiwanie, myślenie magiczne i te sprawy ;). M. w czerwcu złożył wniosek o stały pobyt. Cała procedura potrwała niemal równe pół roku. Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć, co w międzyczasie się działo, a działo się więcej, niż przy pierwszych dwóch kartach. Przez jakiś miesiąc od złożenia wniosku była cisza, po czym w pewnych odstępach czasowych zdarzyły się trzy rzeczy.

Pewnego lipcowego wieczora do naszych drzwi zadzwonił… pan policjant. Ja byłam wtedy u dentysty, M. był w domu. Podobno mamy farta, bo kontrole chadzają też w ciągu dnia, kiedy ludzie są w pracy. Policjant był sam, nie chciał wejść do środka. Poprosił M. o pokazanie paszportu i chyba karty pobytu, mojego paszportu nie chciał zobaczyć. Miał ze sobą jakiś dokument, na którym M. widział swoje nazwisko. Pan zapytał tylko, czy M. tu mieszka i poszedł. Po czterech latach pobytu M. w Polsce po raz pierwszy ktoś do nas oficjalnie przyszedł :).

Druga rzecz wydarzyła się pod koniec sierpnia, udowadniając, że ja to jednak powinnam czasem zagrać w totka. Mówiłam M. do znudzenia, że co będzie, jak przyjdzie jakieś pismo, a my będziemy akurat na urlopie w Tunezji. Co Ty, jakie pismo po dwóch miesiącach, teraz się dziewięć miesięcy minimum czeka na jakikolwiek znak życia z urzędu. No to proszę bardzo, pismo przyszło idealnie w środku naszego wyjazdu, a konkretnie w moje trzydzieste urodziny.

W rezultacie, ledwieśmy siedli na Okęciu, a wracaliśmy nocą, po śniadaniu M. poszedł odebrać awizo. Nie dałabym rady odsypiać koszmarnego swoją drogą lotu, zastanawiając się, ki diabeł czeka w tej kopercie na poczcie. Okazało się, że nie było się zbytnio czego bać!

M. otrzymał wezwanie do dostarczenia dodatkowych dokumentów do jego wniosku o pobyt stały. To dokumenty z kategorii tych, które nie są uwzględniane na żadnych listach w Internecie. Gdybyśmy wiedzieli, że trzeba takie coś złożyć, to przecież byśmy to zrobili już w czerwcu. W skrócie, poproszono go (a może i mnie?) o przyniesienie dokumentów potwierdzających wspólne zamieszkanie i prowadzenie wspólnego gospodarstwa domowego. Jako przykład zostały zaproponowane wspólne zdjęcia z różnych okresów, w tym z uroczystości rodzinnych lub wspólnych wyjazdów. Do tego jakieś umowy najmu, wspólne rachunki, wspólne konto bankowe. Na końcu „itp.”.

Wywołaliśmy nieco ponad 80 zdjęć ze wszystkich wspólnych lat. Dodaliśmy do tego kilka (naście… jak nie więcej) potwierdzeń przelewów za czynsz, telewizję, prąd, jego telefon. Rachunki są ogólnie na moje nazwisko, ale płacimy różnie, z naszych obu kont. Raz ja, raz on. Dołączyłam do tego przykładowe faktury, żeby było widać, że są wystawione na mnie. Dodałam jeszcze potwierdzenie mojego zameldowania na pobyt stały w naszym mieszkaniu, potwierdzenie prywatnego ubezpieczenia dla nas w mojej pracy i nawet ksero zaproszenia na ślub ;).

M. miał 14 dni na doniesienie tych dokumentów, od dnia doręczenia pisma. Wyrobiliśmy się w tydzień. Żeby złożyć takie dokumenty, trzeba umówić się na wizytę w systemie rezerwacyjnym Urzędu. W treści pisma był chyba nawet wklejony bezpośredni link do zapisów, konkretnie do danego pokoju. Co ciekawe, tych dokumentów nie można składać bez uprzedniej rezerwacji internetowej, czyli że tak powiem z ulicy. W urzędzie nie mają nawet numerków do tego pokoju, trzeba go wydrukować z systemu. M. poszedł sam na umówiony termin i sobie poradził. Pani mówiła po polsku, jakoś się dogadali. Podobno uznała, że wszystko wygląda bardzo „pięknie”, co dało nam złudną nadzieję, że może to już koniec zadań w drodze do karty stałego pobytu. A tu wcale nie!

Tydzień z kawałkiem później M. wraca do domu wieczorem z pracy i zahacza go jeden z panów ochroniarzy, który pracują w recepcji naszego budynku. Szybko zeszłam na dół i ja. No i dowiadujemy się, że w ciągu dnia przyszło tutaj dwóch panów, bez mundurów, ale raczej takie byczki, i pytali pana ochroniarza, czy kojarzy takiego tajemniczego pana, jak w rysopisie – i obok rysunek twarzy M. Mieli moje zdjęcie jak do dowodu, ale zdjęcia M. już nie. Ponoć wyglądało to jak coś w stylu portretu pamięciowego, co wpędziło mnie trochę w konsternację, no bo na co w takim razie drukowaliśmy te osiemdziesiąt z hakiem zdjęć. O kopiach paszportu i obu poprzednich kart, a nawet świeżo zrobionym w czerwcu zdjęciu do nowego wniosku nie wspominając. Raczej wizerunek M. gdzieś w rejestrach powinien wisieć, do jasnej Anielki. Panowie pytali, czy my tu mieszkamy, czy jesteśmy razem, czy pracujemy, czy są na nas skargi. Jesteśmy dalecy od imprez i burd i raczej chodzimy spać o dziesiątej, w przeciwieństwie do co poniektórych sąsiadów. A nawet gdybyśmy hałasowali do drugiej w nocy, to czy to ma coś wspólnego z naszymi paszportami HMM?

Panowie podobno rozmawiali też z jedną panią z osiedla. Jak na względnie nową warszawską wspólnotę mieszkaniową przystało, prawie nikt tu nikogo nie zna, relacje sąsiedzkie ograniczają się do „dzień dobry”, przy czym do niektórych panów to trzeba tak przez megafon, bo sami się pierwsi nie odezwą. Nie wiem, czy ta sąsiadka nas kojarzy, ale oczywiście miałam taką nadzieję. Panowie powiedzieli ochroniarzowi na koniec, że M. złożył wniosek o stały pobyt, co pan ochroniarz pomylił z obywatelstwem i musiałam go wyprowadzić z błędu. No ale w sumie dla niewtajemniczonych Polaków obywatelstwo czy stały pobyt, ten sam pies. Problem był taki, że pan nie zapytał panów, skąd są, ani żeby pokazali jakieś dokumenty, dowody czy legitymacje. W związku z tym nie wiemy do końca, kto to był, albo z jakiej instytucji. De facto pan ochroniarz rozmawiał o mieszkańcach budynku z jakimiś kolesiami niewiadomego pochodzenia. Wieczorem był mocno przerażony, jak przyszłam do niego zapytać o wszystko ja i jeszcze dwie doroślejsze osoby z mojej rodziny :). W sumie wyboru instytucji zbyt dużego nie ma, kontrola mogła przyjść albo z Urzędu Wojewódzkiego (inspektorzy?), albo z Policji (już była wcześniej), albo z ABW, albo ze Straży Granicznej.

Ja wiem, że kontrole się zdarzają, że wszyscy święci przychodzą do domu i szukają szczoteczek do zębów, ale w naszym przypadku takie coś zdarzyło się po raz pierwszy. Po ponad czterech latach pobytu M. w Polsce nagle przychodzą wszystkie kontrole. No, może tej szczoteczkowej jeszcze nie było. Chyba trochę tracą czas, bo mogliby się wziąć za prawdziwych krętaczy i pary, które robią biznes wizowy, bo podobno to jest właśnie powód tych wszystkich procedur i kontroli, na które skazane są normalne międzynarodowe związki. To jest ten moment, w którym dziewczyny Egipcjan mogą sobie podać rękę na wspomnienie tego mega wielkiego prześwietnego biznesu życia, jaki to na małżeństwie z arabskim chłopakiem ukręciłyśmy ;))) Hajs taki, że hej!!! Na tym etapie, po wszystkich procedurach, przez które już przechodziliśmy, urzędy powinny wiedzieć, kogo sprawdzać, a kogo nie. Być może dlatego to wszystko tyle trwa, skoro prześwietlają każdego jednego cudzoziemca. Dobrze to i niedobrze.

M. tylko ciągle powtarzał, że jak to, tak szybko te wszystkie kontrole i wezwania. Że ludzie czekają po dziewięć miesięcy i dopiero przychodzi pierwszy list. A u nas zaczęła się ta runda zaledwie miesiąc po złożeniu wniosku. Może urzędy postanowiły podkręcić tempo?

Po wizycie tajemniczych jegomościów nastała cisza i tak zostało już do końca. Chyba codziennie zaglądałam do skrzynki w oczekiwaniu na kolejne wezwanie, a zwłaszcza na zaproszenie na rozmowę do Urzędu. Naczytałam się, jak to przy karcie stałego pobytu bankowo robią wywiad, taki sam jak przy pierwszym wniosku o pobyt czasowy. Na szczęście takie zaproszenie do nas nie przyszło. Pewnego grudniowego dnia jak co rano zalogowałam się na stronę internetową z profilem M. w poszukiwaniu jakiejś aktualizacji statusu sprawy. Nie było nic nowego. Dwie, trzy godziny później, już sama nie wiem, co mnie tknęło by tam zajrzeć – jest! Komunikat „Karta do odbioru”. Pokazał się dokładny termin i miejsce odbioru karty pobytu. A za chwilę M. dostał SMS-a o podobnej treści. Karta była do odbioru za 10 dni.

Idealny prezent pod choinkę dla M. 🙂 Nadszedł czas na świętowanie. Zaczęliśmy 10 dni temu, po odczytaniu decyzji w Internecie. Jutro ciąg dalszy :). M. obiecał kupno szampana, swoją drogą pod warunkiem, który też został spełniony (i tak byśmy kupili, w każdym razie ja :)) – z tyłu na karcie wreszcie umieszczono jego (nasz) adres zamieszkania. Na pierwszych dwóch kartach Urząd nie wpisał adresu, choć M. miał meldunek. Już nie chciało nam się tych kart wymieniać, znajomi Ukraińcy mówili – po co stawać znowu w kolejkach, trzy lata szybko miną. Mieli rację. No ale tym razem adres zamieszkania się pojawił i całe szczęście, bo karta została wydana na 10 lat, tak jak nasze polskie dowody. O ten brak adresu na karcie za każdym razem pytali M. pracownicy Straży Granicznej na lotnisku, więc niby to mała rzecz, a jednak czasem się przydaje.

Towarzyszyłam M. dziś w urzędzie, wyrwałam się na godzinkę z pracy. Na miejscu wszystko poszło szybko, miło, bez kolejek, weszliśmy przed czasem. Gdy wyszliśmy z Urzędu, przypomniała nam się jedna rzecz: to chyba jest ten moment, w którym M. ucieka na Zachód! :)))

Radosnych, ciepłych, rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia dla wszystkich Czytelników! A przede wszystkim Świąt spędzonych u boku ukochanej osoby. My dziewczyny cudzoziemców umiemy to docenić ;).

Grudzień 2018

Grudzień 2018

Nastał grudzień a wraz z nim znajome już wrażenie upływającego czasu :). Dopiero co wracaliśmy z urlopu. Wniosek o pobyt stały był jakby wczoraj. O zeszłorocznym Sylwestrze nie wspominając!

Wigilię planujemy spędzić u mojej siostry i szwagra. Będzie nas dużo przy świątecznym stole, bo przyjedzie też ich rodzina, w tym rodzina z Egiptu. Pamiętam czasy, jak na Święta u nas w domu były trzy, cztery osoby. Teraz na pewno będzie weselej i ciekawiej :). To wyjątkowa sytuacja, bo rzadko jest szansa zebrać wszystkich w jednym miejscu.

W Warszawie na razie nie ma śniegu, niby coś tam popadało, ale zaraz zniknęło i wygląda to raczej jak klasyczny listopad. Za to na Starym Mieście podobno są już te świąteczne dekoracje i tak zapowiada się plan na najbliższą sobotę, spacer po oświetlonych ulicach :). To fajne szczególnie gdy prawie nie widzi się światła, chyba, że przez okno w biurze – rano wychodzisz do pracy, jest ciemno, wracasz do domu, jest ciemno. No to będzie znowu ciemno, ale przynajmniej ze światełkami :). Do tego niestety pojawiła się grudniowa zmora, czyli korki. Wszyscy nagle oszaleli i po szesnastej naprawdę nie da się jeździć po tym mieście. Tak będzie prawdopodobnie do przyszłego piątku, kiedy to nastąpi masowy exodus i nastanie tydzień pustki :).

Jakaś taka bez sensu ta notka, ale po prostu szykuję dla Was inną, dłuższą i bardziej konkretną. Jest szansa, że pojawi się przed Świętami, za co trzymam kciuki. Jakkolwiek dziwnie to teraz brzmi!

Dzieci się zaręczają

Dzieci się zaręczają

W ostatnim czasie w rodzinie M. miały miejsce dwa spotkania zaręczynowe. Spotkania, w sensie imprezki na ok. 50 osób z kupowaniem sukienek, wieczorami panieńskimi, makijażami, fotografem i siedzeniem na scenie. Zaręczynowe, bo zaręczały się młode kobiety – jedna siostrzenica lat dwadzieścia coś oraz córka kuzynki dziesiątej wody po kisielu, lat siedemnaście (o zgrozo). Znacznie bardziej podobała mi się na zdjęciach ta pierwsza, bo wyglądała bardziej naturalnie, o ile to w ogóle możliwe w egipskiej kosmetycznej estetyce. Naprawdę aż serce boli, jak się widzi tony plastiku nakładane na twarz i ciało nastolatki. Istne morderstwo dla dziewczęcości. Do tego falbankom, cekinom i błyskotkom nie było końca, tu akurat może i lepiej, że tak się ubrała ta młodsza, a nie starsza.

Zaręczyny to dopiero początek, ślubów na horyzoncie na razie nie widać. Najpierw dziewczyny muszą pokończyć szkoły/studia. Nie pierwsze to zdjęcia „zakochanych” egipskich par, które widziałam. Ze wszystkich wieje zażenowaniem, raczej dalekie to od naszych europejskich widoczków. Narzeczeni, ani jedni ani drudzy, nawet nie wzięli się za ręce, tylko szczerzyli do aparatu, siedząc na odległość jakiegoś pół metra od siebie. Od razu rozwieję Wasze obawy, wszyscy Państwo się znają i lubią (o matko! chyba trzeba za to dać na tacę?). Innymi słowy, związki nie zostały zaaranżowane, bo i na cholerę nastolatce aranżować małżeństwo. Podobno do siebie telefonują i gdzieś tam się kiedyś widzieli. Może to tylko ja mam jakieś dziwaczne odruchy, ale nie mogę opędzić się od myśli, jak będzie wyglądała ich noc poślubna za ileś tam lat :))).

Po co siedemnastce zaręczyny?

Październik

Październik

Jakiś czas temu minęły trzy miesiące od złożenia przez M. wniosku o pobyt stały. To najdłuższy jak dotąd okres oczekiwania na decyzję, poprzednie dwie karty były przyznawane szybciej. Ale przy wniosku o pobyt stały od razu nas poinformowano, kiedy jest przewidywany termin wydania decyzji i było wiadomo, że ta procedura trwa dłużej. A co się czyta o tym w internecie czy na grupach, to już w ogóle :). Trochę siedzimy jak na szpilkach, po cichu się modlimy, żeby to było już niedługo. Z takimi decyzjami to w sumie nigdy nie wiadomo.

W Warszawie nastała jesień, chwilowo parę dni pięknej pogody. Miesiąc po urlopie to już trochę tak, jakby w ogóle nie było żadnego urlopu. Odliczamy dni do weekendów, M. ma w tygodniu nadal tylko jeden dzień wolny, także staramy się wycisnąć z tego wspólnego czasu ile się da. Złotą (jeszcze) jesień umila pieczenie moich tortów bezowych, bo odkryłam w sobie w tym roku taki nowy dziwny talent – nieskromnie! – i planowanie kalendarzy adwentowych. Dam znać, gdy zadzieje się coś ciekawszego :).