Opowieści z Egiptu

Opowieści z Egiptu

Pierwsze, ogólne sygnały z Egiptu. Przede wszystkim, da się rozmawiać głosowo przez Messengera. Połączenie tnie się trochę mniej niż przed laty, na jedną dłuższą rozmowę dziennie starczy :). Nie ma problemów z prądem, jest za to problem z wszechobecnym piaskiem. Do niedzieli było ponad trzydzieści stopni, ale Egipcjanie twardo nosili kurtki, luty w końcu.

Ceny podobno naprawdę są wyższe, niż kiedyś. Jakiś przykładowy batonik kosztował kiedyś 50 groszy, teraz kosztuje 2-3 złote. A pensje te same, oczywiście. Oglądam zdjęcia pysznego jedzenia, które M. je to tu, to tam. Ma full service, co było do przewidzenia. Mówię mu, żeby doceniał to lenistwo, bo w domu tak lekko to nie będzie :).

Nie zmienił się styl i wystrój domów rodzinki. Jak widać, przez te lata Ikea nadal do nich nie dotarła :). Nie wiem, czy rodziny Waszych partnerów też tak mają, ale u mojego wszystkiego jest pełno – dywany, kapy, kotary, poduchy, wielkie fotele, ciężkie meble, dekoracje. O gustach się nie dyskutuje, ja patrzę na to jak na folklor i tak się tylko zastanawiam, czy M. nie sądzi, że u nas w domu to bida jakaś?

Minęła już połowa jego pobytu. Śmiesznie, że jak się jedzie na dwutygodniowy urlop, to czas leci jak szalony. A jak się na kogoś czeka przez ten sam czas, to trwa to zdecydowanie dłużej. Zatem, żeby się za bardzo nie nudzić, korzystam z uroków mieszkania bez-męża. Zajęcia sportowe bez spinki, że muszę szybko lecieć do domu, zdrowa dieta jednoosobowa, porządek w kuchni, zmywarka tylko raz w tygodniu, płyty z romantyczną „nudziarską” muzyką, marnowanie czasu na tablecie bez wyrzutów sumienia, a nawet lampka wina o jedenastej rano w sobotę. Najlepsze opowieści pewnie będą dopiero wtedy, gdy wróci i powie, co tam się tak naprawdę działo :).

M. pojechał do Egiptu

M. pojechał do Egiptu

Zapowiadana przeze mnie wcześniej rzecz w końcu się stała – M. wyjechał na dwa tygodnie do Egiptu. Jest to sytuacja trochę nowa zarówno dla mnie, jak i dla niego. Dla mnie, bo po raz pierwszy od jego przyjazdu do Polski spędzimy osobno więcej niż tydzień 🙂 a ja po raz pierwszy w życiu w ogóle będę mieszkać sama przez „taki” czas. Dla niego, bo to jego pierwszy wyjazd do kraju odkąd przeprowadził się do Polski. Pytanie brzmi, czy będzie tam jak jakaś gwiazda, co to nie wiadomo co, bo z Europy. A może będzie normalnie?

M. chciał lądować w Kairze, więc kupił sobie bilety z przesiadką. Wyszło taniej, niż charter, więc miał chyba jakieś wielkie szczęście. Podróż zajęła mu w sumie cały dzień i noc. Zimowy wylot miał swoją zaletę pod tytułem niska cena biletów. I w gratisie dwa tygodnie polskiej zimy z głowy. Na lotniskach nie było żadnego problemu z odprawą i kontrolą. Oby tak było też w drodze powrotnej, chociaż wiadomo, jak to jest. Jak Arab chce wyjechać z Europy, to z pocałowaniem w rękę, niech leci. Leki stresik był związany z Kairem, który szuka okazji do zbijania kasy na każdym kroku. Na szczęście nie mieli na czym zbić i nie robili zbyt wiele szumu wokół rodaka przyjeżdżającego z kraju, gdzie złoto i euro leżą na ulicy. Zapewne gorzej będzie w drodze powrotnej, ech i to na każdym kroku. Taki los ekonomicznego emigranta! Trzeba było się żenić z egipską dziewicą :).

Czekam na wieści, co słychać u rodziny, jak wygląda jego miasto po tych kilku latach, jakie są ceny i o co tak naprawdę chodzi w tym kryzysie ekonomicznym Egiptu. Mi tymczasem w domu jakoś dziwnie, pusto, za cicho. Zabieram się za prezenty walentynkowe, tyle dobrego, że nikt mi w nich nie będzie przeszkadzał :).

Nowy Rok

Nowy Rok

Nastał Nowy Rok, a wraz z nim pomysły, nadzieje i plany do zrealizowania :). Styczeń oboje zaczęliśmy od podwyżek. Brzmi mało skromnie, ale co mam się nie chwalić! Nie były to jakieś kosmiczne zmiany (jak zwykle przy podwyżkach), ale i tak bardzo się cieszymy. Pamiętamy czasy lepsze i gorsze, zdarzało nam się być bez pracy, więc bardzo cieszymy się z przynajmniej niewielkiego bycia docenionym.

Zbliża się też coś nowego – M. planuje w tym roku wyjazd do Egiptu do rodziny na dwa tygodnie. Już jest zestresowany, że w Egipcie będą same problemy. Znajomi mówili, że zawsze jest coś nie tak na lotnisku w dniu przylotu i wylotu. Jakoś po Europie da się latać bez przeszkód, za to w Egipcie to inna bajka. Trzymam za niego kciuki, żeby tych stresów miał na miejscu jak najmniej. To będzie jego pierwszy wyjazd do Egiptu, odkąd przyjechał do Polski :). Nowy Rok to też dobra wymówka, by snuć marzenia o wakacjach, z kolei tych wspólnych. Bo jego wyjazd do Egiptu podobno nie będzie wakacjami, czego ja trochę nie rozumiem!

No i niestety… Zrobiło się zimno. Pierwszego stycznia było optymistyczne plus dziesięć i miałam cichą nadzieję, że może by już tak zostało… Niestety przyszedł mróz, czyli wszystko po staremu – ciepłe Boże Narodzenie i śniegi do kwietnia. Mamy dużo zajęć, zleci.

December :)

December :)

Jakimś cudem za oknem pada śnieg, więc jest tak, jak w grudniu powinno być (tylko bez przesady i niech przestanie padać do popołudnia) :). Święta w tym roku w Warszawie, u nas w domu. Chyba mogę powiedzieć, że pierwszy raz w życiu będę urządzać wigilię u siebie – zawsze była albo w rodzinnym domu (czyli też u siebie, ale jednak bardziej u rodziców), albo potem u mamy. Tym razem mama i babcia przychodzą do nas. Podzieliłyśmy się pracą i nie mogę doczekać się tego okresu okołoświątecznego. W zeszłą niedzielę dwie godziny wycinałam i piekłam pierniczki, które teraz razem z M. zanosimy do naszych prac i już zapowiedziałam, że w weekend robię kolejną turę. Trochę znowu mam dziesięć lat, a trochę jak zwykle odpoczywam w kuchni. Fartuch cały w mące, zapach przypraw, skórka pomarańczowa, która nagle zaczęła mi smakować (WTF?!), w tle świąteczne piosenki. To jest to, co teraz chcę robić w niedzielę :). A po świętach… urlop.

Listopad

Listopad

Żyjemy żyjemy, tylko oboje mamy bardzo dużo pracy. Chyba to znacie. Wychodzisz z domu – jest ciemno, rozjaśnia się dopiero jak wejdziesz do biura, zanim wyjdziesz z pracy już się ściemnia, a gdy wracasz do domu jest czarna noc. Brakuje sił na cokolwiek po godzinach, blok na przeciwko widać tylko w weekend i orientujesz się np., że sąsiedzi mają zaawansowany remont balkonu. Albo że już prawie wszystkie liście opadły. Bezustannie czekamy na weekend, chociaż M. ma wolną tylko sobotę. Fajnie, że idzie grudzień, tyle dobrego. Ta zima musi kiedyś minąć – czy ja się aby nie powtarzam? 🙂

Jesień, czyli tłumy wróciły

Jesień, czyli tłumy wróciły

Nie wiem, jak w innych miastach, ale w Warszawie pojawiła się beznadziejna plaga, która nabiera chyba z każdym dniem coraz większych rozmiarów. Dorośli ludzie w każdym możliwym momencie siedzą z nosem w telefonie, tzn. smartfonie. W miejscu, w którym pracuję, jest dużo młodych osób, takich 20-25 lat, i oni to już wyglądają zupełnie jak jakieś roboty.

Chociaż… Roboty to jeszcze za dobrze brzmi. Stoją lub siedzą faceci, głowy pochylone, ekranik świeci się w dłoni. Garb rośnie (strach pomyśleć, co będzie z tym pokoleniem za kilka lat takiego wichnięcia karku). Nie rozmawiają z nikim i nie rozglądają się. Internet, zamiast otwierać im okno na świat, zamyka ich w introwertycznym kokonie, a już na pewno nie pomaga w nawiązywaniu prawdziwych kontaktów. Ci wszyscy ludzie strasznie się przy tym infantylizują, bo wyglądają jak nieco wyższa i motorycznie ustabilizowana wersja nieśmiałego uczniaka z podstawówki bawiącego się game boyem (żeby!). Przychodzi taki gość do nowego miejsca i głowa oczywiście pochylona, ja się niczym nie stresuję i nie boję, w ogóle co to nie ja, ale nos dalej w Facebooku i tylko raz na jakiś czas, z obawą żeby nikt nie zauważył, podnosi głowę i patrzy spod oka dookoła, szukając pokoju lub człowieka. Woli dokopać się do maila, żeby sprawdzić numer sali, zamiast zapytać najbliżej stojącą osobę.

Jak dla mnie taki facet, gapiący się w dół na jakiś durny ruchomy obrazek formatu pięć na dziesięć, w ogóle nie jest atrakcyjny. Zastanawiam się, czy w czasie spotkania z dziewczyną też nie rozstaje się z telefonem, trzymając go gdzieś w bezpiecznym zasięgu dłoni, żeby wypełnić czymś ewentualną chwilę ciszy na randce. Oczywiście nie gadamy z tego powodu, że jesteśmy tak zajęci pracą w telefonie. No na pewno nie dlatego, że jestem nudziarzem, który już dawno zatracił umiejętność błyskotliwej rozmowy z ludźmi.

To wszystko piszę oczywiście pół żartem pół serio, chociaż często myślę sobie, co takiego fajnego jest w regularnym gapieniu się na telefon. Zróbcie sobie czasem taką grę, wejdźcie do byle jakiego autobusu czy pociągu i spójrzcie na byle jaki rząd siedzeń i w byle jakim kierunku, zawsze się znajdzie jakiś młotek z telefonem. Ja po ośmiu godzinach patrzenia w komputer wcale nie mam ochoty kontynuować czytania na małym ekranie. Może to jest mimo wszystko chwilowa moda, tak jak laptopy ustąpiły miejsca smartfonom (pod kątem tej właśnie funkcjonalności, bo prościej wziąć telefon niż rozkładać się z komputerem na korytarzu), tak może i telefony w końcu się znudzą i ludzie zajmą się czymś innym? Czytaniem książek lub codziennej prasy na przykład? Wyglądaniem za okno autobusu? Po prostu siedzeniem i odpoczywaniem, nie daj Boże?

Nie ma ta notka wiele wspólnego z międzykulturowością, no, może tylko tyle, że smartfonowe zdziecinnienie społeczeństwa dotyczy nie tylko Polaków, ale też krajów Zachodnich (spójrzcie na takich turystów, siedzi piątka studentów w restauracji w centrum Warszawy i każdy z nosem w telefonie) i arabskich, bo w takim np. Egipcie już dawno wszyscy przytwierdzili się do telefonów. Gdy poznałam M. cztery lata temu, nie mogłam się nadziwić, co tak wszyscy dookoła trajkoczą przez telefon, chociaż trajkotanie to jeszcze inna i z pewnością wyższa sprawa, niż marnowanie czasu w sieci. To M. pokazał mi, jak działają internetowe komunikatory. Przyszła zaraza i do nas. Jak bardzo ci naturalni smartfonowcy będą kiedyś różni od nas?

Wrzesień

Wrzesień

Wrzesień dał nam pogodowo popalić. U mnie w pracy jeszcze nie grzeją, niby zapasowy piecyk jest rozkręcony, ale to niewiele pomaga i w efekcie ostatnie trzy dni przesiedziałam w zimowych swetrach. Wydaje mi się, że jesień przyszła wcześniej, niż powinna. Ale tym razem ta pora roku zaczyna się dla nas w idealny sposób – urlopem :). Kończymy lato ciepłym, miejmy nadzieję, wyjazdem. Bez monitorów, maili, może w ogóle bez internetu (najlepiej). Taki przerywnik w tym pędzącym roku. Do zobaczenia! 🙂

Koniec lata

Koniec lata

Wczoraj były moje dwudzieste dziewiąte urodziny. Może dama nie powinna mówić o swoim wieku, ale co mi tam ;). W ramach akcji urodzinowej zakładamy z M. akwarium. Marzyłam o jakimś zwierzątku, a nie mogłam się zebrać i podjąć jakiejś decyzji. No to mamy namiastkę… Rybek na razie jeszcze nie ma, bo akwarium musi dojrzeć i wyregulować sobie skład wody. Dzisiaj mają dojechać korzenie i roślinki. W dzieciństwie miałam wielkie akwarium, stało u nas jakieś czternaście czy piętnaście lat. Po kilku latach przerwy reaktywacja, chociaż zaczynamy we dwoje od mniejszego litrażu :).

M. zaczął półintensywny kurs polskiego. Normalny, płatny, w normalnej szkole. Widzę już poprawę w jego gramatyce, gdy odrabia prace domowe. Z drugiej strony i tak powinnam pominąć to wszystko milczeniem, skoro facet jest tu już trzy lata. Ale przymykam oko, chyba za to akwarium ;). Polskie lato dobiega końca, ludzie wrócili do Warszawy i znowu zaczynamy stać w korkach. Ale za jakiś czas, po jego kursie, zmykamy na porządny urlop.

W ramach urodzin oglądaliśmy wczoraj trzecią część „Harry’ego Pottera” na DVD. Po raz pierwszy oglądałam to razem z M., który, chociaż lubi fantastykę tak samo jak ja, nigdy nie chciał się przekonać do tych kilku ulubionych książek mojego dzieciństwa. Z niektórych rzeczy nie wyrosłam, a może one wcale nie są dla dzieci :).

Prawo jazdy, odcinek…

Prawo jazdy, odcinek…

W sobotę M. trzeci raz podszedł do komputerowego testu na prawo jazdy. Znowu nie zdał! Zabrakło dziesięciu punktów. Tyle dobrego, że umiemy do tego podejść na luzie, nie chodzi mi tutaj o samą naukę bo akurat on się uczy, nie spinamy się za bardzo. Chociaż M. trochę się wkurza, bo polski egzamin na prawo jazdy jest pierwszym niezdanym egzaminem w jego życiu. To już jego problem, że na studiach nie był prawdziwym studentem i z pola bitwy wracał zawsze z tarczą. Trzeba czasem oblać, żeby wiedzieć, jak to jest! I mówię to ja, jeden z większych kujonów na mojej ówczesnej specjalizacji. Prawo jazdy też zdałam za pierwszym razem, zarówno teorię jak i praktykę, ale to może były jakieś inne czasy. Już zapisaliśmy się na kolejny termin, a wszystko przebiegło w naprawdę miłej atmosferze. Panie pracujące w wybranym przez nas WORD-zie są bardzo miłe, nie to co kiedyś.

Poza tym – lato w pełni, zielone drzewa, wieczorne burze, które uwielbiam. Pustki w Warszawie, w mojej okolicy prawie brak korków, w niedziele prawdziwa cisza i spokój. Mniej fajnie, że w sobotę po egzaminie wezwali M. do pracy, nasz jedyny wspólny wolny dzień. Wkrótce wybieram się na krótki urlop, M. zostaje w pracy. Nasze wakacje jeszcze przed nami. Niech ten czas trwa :).

Jak nie nauczyłam męża mówić po polsku

Jak nie nauczyłam męża mówić po polsku

M. jest w Polsce trzy lata i nadal nie mówi po polsku. Jest jełopem. No, niby coś tam mówi, np. w pracy z Polakami rozmawia tylko po polsku, ale wyobrażam sobie, co to za rozmowa. W Excelu pisze po polsku, smsy po polsku (smsy to jakiś ważny kanał ich służbowej komunikacji, btw, taka firma), przez telefon rozmawia łamanym polskim, bo słyszę, ale ze mną na co dzień to bardziej półsłówka, niż normalna rozmowa.

Pytanie, czy M. mówi po polsku, to jedno z pierwszych, które zadają mi znajomi. Z czasem pytania o znoszenie polskiej pogody i o choroby zostają zastąpione takim właśnie tematem-rzeką :). To tak dla Was, na przyszłość. Wtedy ja odpowiadam, że trochę mówi, ale nie za bardzo. I wtedy pada zawsze ta sama odpowiedź, że ja powinnam go uczyć polskiego i rozmawiać z nim tylko po polsku! Czas postawić parę spraw jasno.

To się tylko tak w teorii wydaje, że międzynarodowe małżeństwo ma cudowną okazję do nauczenia się wzajemnie swoich języków. No błagam, to jest oczywiste, okazja idealna! Gorzej z wykonaniem. Aby ten plan zadziałał, musi być spełnione kilka warunków:

– oboje musicie wiedzieć cokolwiek o nauczaniu języków, a idealnie, gdyby ta wiedza dotyczyła nauczania języka własnego jako obcego – w zasadzie nauczanie innego języka obcego nie ma z tym wiele wspólnego
– oboje musicie być super poprawni w swoich językach, co chyba wiąże się z punktem numer jeden, czyli mówić powoli, wyraźnie, poprawnie gramatycznie, ładnie akcentować, tak by zrozumiał Cię cudzoziemiec i był w stanie naśladować
– oboje musicie mieć czas po pracy na wzajemne nauczanie się tych języków, czyli czas na dwa kursy w ciągu tygodnia (no bo nauczając polskiego niekoniecznie z automatu nauczysz się arabskiego, jakby)
– musicie wybrać dobre podręczniki (to akurat najprostsze) i umieć z nimi pracować (to gorzej), chyba, że macie czas na samodzielnie przygotowywanie materiałów do nauczania języka obcego – dzień w dzień – tydzień w tydzień – miesiąc w miesiąc – aż małżonek się nauczy.

Ja wiem, wiem. To wszystko nie tak! Nie o to chodzi! Ty masz do niego mówić po polsku, a nie robić mu lekcje! Wtedy on nauczy się naturalnie, jak dziecko! (Dorosły człowiek nigdy niczego nie nauczy się naturalnie jak dziecko).

Słyszałam opowieści o tych, którym się udało :). Że siedział facet w domu trzy, cztery miesiące, wkuwał cały dzień, bo nie pracował, wszyscy do niego mówili tylko po polsku, to go bardzo motywowało, i teraz on, cud świata, włada wzorową polszczyzną. Bardzo bym chciała, żeby to szczęście przydarzyło się także mnie i żeby mój mąż swoją ciężką pracą i naszą żelazną konsekwencją posiadł umiejętność rozmawiania w moim ojczystym języku, na tym samym poziomie co ja. Niestety, trafił mi się leń, młotek i ignorant bez zdolności językowych, albo jak go tam jeszcze nazwiecie :).

M. dla mnie jest przede wszystkim moim mężem i partnerem. Na pewno nie jest moim dzieckiem albo moim uczniem. Gdy wracam z pracy, albo gdy zwyczajnie spędzamy ze sobą wspólny wolny czas, chcę rozmawiać z nim jak z moim facetem, a nie z podopiecznym. I tak związek z cudzoziemcem stawia Cię milion razy na pozycji kuratora, konsultanta, reprezentanta i Bóg wie jeszcze kogo, bo musisz załatwiać za niego różne sprawy, szczególnie na początku. Uwierzcie mi, to się nudzi. Masz wreszcie ochotę nie myśleć o poprawności i dydaktycznym wymiarze swoich słów i działań, chcesz po prostu komunikować się z facetem jak człowiek, bo to Twój partner i kropka. Język polski przemyca się w tej komunikacji tak czy tak, ale gdybym miała wszystkie nasze rozmowy prowadzić tylko po polsku, chyba nic bym z nim nie załatwiła. Wszystko trwałoby dwa razy dłużej. Jestem cierpliwą osobą, ale i mnie by w końcu szlag jasny trafił.

Oczywiście, zdarza się, że zwracam się do niego po polsku i on już większość tych zwrotów zna. Nie kosztuje to znowu tak dużo, żeby czasem powiedzieć coś po polsku, zamiast po angielsku, szczególnie w naturalnych sytuacjach, typu podaj to, przynieś mi tamto, czy możesz zrobić itd. Staram się pamiętać o tym, by do M. trafiały moje komunikaty po polsku. Ale przyznam, że nie przychodzi mi to zbyt naturalnie :(. Od początku rozmawialiśmy po angielsku, on ten swój angielski w międzyczasie bardzo podciągnął, i dziwnie jest mi teraz przestawić się na polski. Gdzie tam przestawić, zresztą! Długa droga do Rio.

M. wziął udział w dwóch bezpłatnych kursach języka polskiego, które były organizowane przez fundacje lub stowarzyszenia. Nic mu to nie dało, więcej nauczył się w pracy. Taka cecha bezpłatnych kursów, że przez dwa tygodnie analizujesz mapkę Europy lub Polski i uczysz się nazw miast. Na kurs z prawdziwego zdarzenia od początku nie było nas stać i być może to jest jeden z wielu naszych błędów? Z jednej strony wysokie ceny, z drugiej nieregularne godziny pracy, które towarzyszą M. do dziś. Szukaliśmy prywatnego nauczyciela i nikt się nie znalazł, może uciekali na wieść, że mają uczyć Araba :). Żeby było jasne, książki oczywiście mamy, zarówno samouczki jak i podręczniki do pracy z lektorem, a próby wspólnej pracy podejmowaliśmy kilkakrotnie. Guzik z tego!

Jestem ciekawa, jak to tak naprawdę wygląda u innych par. Co robią, żeby przejść z tego poziomu dukania do względnie normalnej komunikacji, którą trzeba tylko szlifować. Znam już wszystkie opinie, że mój to nauczył się sam w miesiąc!!! i że wystarczy tylko jego motywacja i ciężka praca, bo to, uwaga, nigdy do niczego nie wystarczy. Pewnie coś tam zależy od tego, co jegomość robił do tej pory i gdzie państwo się poznali. Cóż, mojego męża poznałam za barem w Egipcie, w żadnym wypadku nie był koptyjskim studentem medycyny na warszawskiej Akademii Medycznej, po prywatnej amerykańskiej szkole w Kairze ;))). Ktoś coś, Szanowne Czytelniczki? 🙂