Druga rocznica ślubu

Druga rocznica ślubu

Dwa lata 🙂 Kolorowe, intensywne dwa lata małżeństwa. Raz lepiej, raz gorzej. W tym czasie nastąpiły różne zmiany w naszym życiu. Przeprowadzka, zmiana pracy i znalezienie tej dobrej, druga karta pobytu M., dwa razy piękne wakacje, porażka z firmą i ciągłe poszukiwanie pracy dla M. Kłopoty z kasą i przelotne problemy ze zdrowiem, oby już nie wracały. Moja spalona próba nauki arabskiego, ale bardziej udany powrót do pracy nad doktoratem. Jeden porządny kryzys zaliczony, za to brak kłótni. Niektórych oczekiwań polskich i egipskich nie spełniliśmy. Polskich, bo nadal nie zamknął mnie w piwnicy. Egipskich, bo nie śpimy na kasie i jeszcze nie jesteśmy w ciąży :).

Chciałabym powiedzieć Polakom, tym, których obchodziłaby moja opinia, że ślubu nie ma co się bać. Małżeństwo jest bardzo fajną sprawą. Pozwala poczuć się lepiej we własnej skórze i jakby zaistnieć w społeczeństwie. Pokazać, że nie jesteśmy dziećmi, za to jesteśmy odpowiedzialni. Chociaż przed ślubem nie byłam jakoś specjalnie zniewolona :), to jako żona mam wrażenie, że mam więcej do powiedzenia, mogę mieć swoje oczekiwania. Już prawie nie pamiętam, jak to było być po prostu w związku. Nie wiedzieć, na czym się stoi, jaka jest moja rola, jaka jest moja przyszłość w tej relacji. To jesteśmy razem na poważnie, czy tak nie do końca? Mam myśleć o nim jako o kimś na zawsze, czy może on zastąpi mnie kimś innym? Kto kogo tutaj bardziej chce? Po ślubie też tego nigdy nie wiesz, ale podobne obawy, jeśli Cię najdą, możesz w miarę szybko rozwiać, bo po to właśnie wzięłaś ślub, by czuć się bezpiecznie. Tego trzeba się trzymać.

Ja przed ślubem nie miałam wielkich doświadczeń z mężczyznami. Po pierwsze dlatego, że wyszłam za mąż mając 26 lat, więc nie miałam czasu na jakieś na mega doświadczenia. Po drugie, ponieważ jestem jedną z bardziej nudnych osób jakie znam :), o czym już Wam kiedyś wspominałam. Raczej z dala od imprez, w domu zawsze na czas, z dala od używek grubszych niż miks wina z szampanem ;). Nigdy nie miałam romansów ani przygód. Nie mieszkałam z żadnym facetem. Byłam raptem w dwóch związkach, z czego jeden dwuletni licealny (chociaż miłość wielka!), a drugi pięcioletni na studiach, na koniec którego okazało się, że równie dobrze mogę sobie być lub nie być, znacie to. Przy M. dopiero poczułam się jak kobieta i nie wiedziałam tego wcześniej, co to tak naprawdę znaczy czuć się jak KOBIETA.

Swoją drogą, tak to się czasem składa, że osoba rozważna i nudna z wyboru nagle trafia na Araba w dzikim kraju i dwa lata później wychodzi za niego za mąż.

Można by uznać, że może ten brak doświadczeń powoduje, że niewiele wiem o życiu, o ludziach, że uwierzyłam w międzynarodową miłość, bo tak naprawdę jeszcze nic nie przeżyłam i gdybym dała sobie trochę więcej czasu i szans, to bym znalazła sobie innego, „lepszego” męża. Ale po co miałabym szukać, skoro nigdy nie chciałam? Po raz pierwszy wiedziałam coś, czego nie wiedziałam nigdy wcześniej. I to przyszło w odpowiednim momencie.

Tak podejrzewam, że życie z żadnym mężczyzną nie jest usłane różami. To codzienne docieranie się, chodzenie na kompromisy, walka charakterów. Ale ponad wszystko dla mnie M. to dom i mój facet. Każdego dnia trochę inaczej, ale bezustannie :).

Te górnolotne rozważania zamknę przyziemnym problemem pod tytułem: co dobra polska żona może przygotować na rocznicową kolację?

Polka poznaje Egipcjanina… przez Internet

Polka poznaje Egipcjanina… przez Internet

Spokojnie, to nie będzie tekst o nikim konkretnym ;).

Chciałabym poruszyć kwestię pewnego, hm, fenomenu? W każdym razie zjawiska, które się powtarza i wygląda na niewiarygodne. A jednak. Od czasu do czasu dostaję od Was maile i wiadomości na FB z zapytaniem, co sądzę i czy mogłabym coś doradzić w następującej kwestii… W tym momencie powinnam jeszcze raz podziękować wszystkim za zaufanie i że w ogóle mam szansę poznać nowe osoby, to jest naprawdę ekstra :).

Polka poznała Egipcjanina. Chce go ściągnąć do Polski, a jeśli się nie uda, to polecieć tam i wziąć ślub. Ta ostatnia opcja jest oczywiście najbardziej pracochłonna, bo trzeba przygotować masę dokumentów i wyrobić się ze wszystkim na miejscu w dwa tygodnie. Po zawarciu związku małżeńskiego pełni wiary we wspólną przyszłość będziemy się ubiegać o wizę do Polski. Przylecimy, aplikujemy o pobyt czasowy, zaczniemy szukać pracy. Albo inaczej, zostaniemy tam, zamieszkamy w Egipcie, same znajdziemy sobie pracę i rozpoczniemy nowe życie na emigracji, na tymczasem lub na zawsze. W sumie standardowa historia, dotyczy pewnie tak z 90% z nas.

Jest jednak jeden mały szczególik: Państwo poznali się przez Internet i jeszcze nigdy w życiu nie spotkali się twarzą w twarz.

Nie uwierzycie, jak często się to zdarza. Powinnam dodać, że w przypadku rozważania wyjazdu do Egiptu bywa, że Pani nigdy nie była w tym kraju na wakacjach. Trzeba wziąć parę głębszych wdechów, wyłączyć podstępny głosik w głowie namawiający do wykrzyknięcia „Kobito, w co Ty się pakujesz?!” i zastanowić się, co tu robić, co tu powiedzieć :).

Drodzy Czytelnicy, jeśli nie jesteście osobiście lub blisko związani ze sferą kolorowych związków międzykulturowych, nie doświadczyliście poważnej relacji z cudzoziemcem, nie zdarzało się Wam wyjeżdżać – drodzy Państwo, chcę od razu poprosić o niestrzelanie opiniami, nieatakowanie, bo naprawdę łatwo i wygodnie jest kogoś ocenić, nie znając kontekstu sprawy. Z tego wyrastają stereotypy, które potem my, kobiety Arabów, musimy własnym przykładem zwalczać.

Mogę jednak założyć, że gros moich Czytelników to osoby obeznane z sytuacją i posiadające troszkę większą wiedzę o realiach międzynarodowych związków :). To dobry początek.

Przyznam, że za każdym razem jestem w lekkim szoku ale i ogromnie zaintrygowana, gdy czytam o historii dziewczyny, kobiety, która stwierdza, że zakochała się w kimś przez Internet. Jestem w szoku, a chyba nie powinnam być, bo zdarza się to stosunkowo często. Oczywiście, co wtedy robię – pytam Was o różne aspekty tej relacji, bo zanim cokolwiek doradzę chociażby w kwestii formalnego wystawiania zaproszenia, chcę mieć chociaż trochę większy pogląd na sytuację. A potem gadamy sobie i gadamy i to jest w tym najlepsze :).

Wiecie, różnie w życiu bywa. Wyświechtany frazes, że można kogoś znać wiele lat, a i tak się na nim nie poznać, ma w sobie wiele prawdy. Wychodzisz za mąż za świetną warszawską partię, mąż wykształcony, zarabiający, z dobrej rodziny, a potem i tak Wam nie wychodzi z któregoś z miliarda powodów, z którymi co dzień się spotykamy. Nie da się walczyć z tym argumentem. Nigdy do końca nie poznasz drugiego człowieka. Dlatego równie dobrze można podjąć ryzyko rozpoczęcia relacji z kimś… zupełnie obcym. Podstawowa zasada to zachować swój rozum, czy to polski mąż, czy egipski kolega z Facebooka.

Internet po to między innymi jest, żeby poszerzać nasze horyzonty i przekraczać różne granice. Moim zdaniem nie ma nic złego w poznaniu kogoś przez Internet. Ale po tym pierwszym kontakcie, skoro się tak polubiliśmy przez te Messengery, Skypy, Vibery i tak dalej, powinniśmy wykonać kolejny krok, czyli spotkać się w realu.

A dopiero potem zastanawiać się, czy spędzimy ze sobą resztę życia jako małżeństwo i rodzina.

Zawsze można się rozwieść, ale przeca nie po to wychodzimy za mąż, żeby zaraz się rozwodzić.

Też co prawda to prawda, można sobie wyjść za mąż w Egipcie, jak po miesiącu się znudzi to wrócić do Polski, nie rejestrować małżeństwa i żyć dalej jak gdyby nigdy nic. On sam raczej nie zarejestruje Ci małżeństwa w polskim USC, bo potrzebny byłby Twój podpis (chociaż tak daleko się w tych sprawach nie orientuję). Mimo wszystko scenariusz odradzam.

No i kusząco brzmi oferta małżeństwa od przystojnego mężczyzny, który o Ciebie nawet onlajnowo zabiega. Oferta małżeństwa to w ogóle w Polsce jest już coś! Trochę trąci desperacją, ale nie mówcie, że nie mam świadomości. To tak jak Saudyjkom się wygodnie żyje, nie muszą uganiać się za facetem przez osiem lat, aż ten będzie łaskaw kupić pierścionek. Ok, żarty na bok.

Miłość, a chyba o niej powinnam mówić, skoro moje Czytelniczki wspominają o planowanym małżeństwie z tajemniczym nieznajomym-znajomym, to związek dusz (jakkolwiek ckliwie to brzmi), charakterów i ciał. Kontakt przez Internet być może pozwala nam poznać czyjąś elokwencję, jego wiedzę o świecie, w ogóle pozwala zebrać mnóstwo rozmaitych informacji o tej drugiej osobie. Ale przez Internet nie zobaczysz i nie doświadczysz, jak on naprawdę wygląda, jak się porusza, jak zachowuje się przy znajomych, rodzinie, przy Tobie. Jak prowadzi samochód, jak się uśmiecha, w jaki sposób zamawia kawę, jakie ma swoje małe śmieszne nawyki, które być może pokochasz :).

W dobie zapośredniczenia niemal wszystkiego przez Internet całkowicie rozumiem, że w sieci można się kimś zainteresować i chcieć pociągnąć tę znajomość do realu. Ale jakoś trudno mi uwierzyć, że można tego człowieka pokochać, znając go tylko zza klawiatury. Tak się akurat składa, że internetowe kanały komunikacji są zbawieniem dla związków na odległość, o czym wiemy, bo większość z nas zdążyła się o tym przekonać na własnej skórze. Komunikacja przez Internet – jak najbardziej, ale potem. Trzeba dać sobie szansę na prawdziwe spotkanie, a jeśli okaże się, że to coś więcej, wrócicie do tych swoich komunikatorów. Do czasu następnego spotkania ;).

Mogłabym podsumować te moje wszystkie wątpliwości prostym pytaniem:
A co będzie, jak on Ci się nie spodoba??? 🙂

Ok, biorę poprawkę na to, że mogę być takim małym niedowiarkiem z tego samego powodu, dla którego znajome Polki pukają się w czoło i pytają, jak mogłam związać się z Arabem. Kto się nie zna, niech nie gada.

Przedstawię mój uniwersalny przepis na to, jak można by poradzić sobie z sytuacją zainteresowania się Egipcjaninem przez Internet. Czego by nie mówić, takiego wariantu nawiązywania relacji raczej nie planowałyście, więc trzeba teraz pomyśleć, jak tu sobie poradzić :).

Najlepiej pojedź tam do Egiptu na wakacje, z Polakami, rezydentem, do jednego z dziesiątków tych pięknych hoteli. Możesz jechać sama, w końcu jesteś dorosła (jesteś, prawda? :)). Nic nie ryzykujesz, poza generalnym ryzykiem, ekhm, w ogóle przebywania w tym kraju, a zyskujesz cudowne wakacje. Z nim spotkaj się na mieście, na przykład w okolicy Twojego hotelu. Jeśli się tak lubicie, on przyjedzie wszędzie, gdzie chcesz :). Jedna kawa, druga kawa, szybko się zorientujesz, czy jest jak zawsze czy jak nigdy :). Jeśli on Ci się nie spodoba, zmyjesz się po deserze, wrócisz do hotelu i więcej go nie zobaczysz. To Ty kierujesz tą sytuacją.

Odradzam pomysł wielu Czytelniczek, żeby zapraszać kolegę od razu do Polski. Że w Polsce się poznacie. Poza tym, że konsul raczej nie da wizy (trzeba osobiście znać osobę zapraszającą, przynajmniej w przypadkach tych tradycyjnych wiz turystycznych), to tak naprawdę zapraszasz do domu nieznajomego człowieka, który może okazać się świrem albo nudziarzem, a Ty go będziesz miała na głowie. Nawet, jak wyrzucisz go za drzwi, to jak coś nabroi, bierzesz za niego odpowiedzialność, bo go zaprosiłaś :).

Tobie łatwiej jest pojechać tam, niż jemu tutaj. Skoro myślisz o ślubie, a przynajmniej o wspólnej przyszłości, jest to godne inwestycji w wycieczkę all inclusive, o jej wszystkich pozostałych zaletach nawet nie wspominając :). Przy sprzyjających wiatrach do Egiptu można polecieć na tydzień za mniej niż 1500 zł, czy nie jest to rozsądna cena za spotkanie z przyszłym narzeczonym?

Na koniec posypię głowę popiołem i przyznam, że znam jedną parę, która poznała się przez Internet, on nie Egipcjanin ale mniejsza o to, byli w kontakcie przez jakiś rok, po czym ona wzięła córkę, pojechała tam na całe lato, zakochali się w sobie, wzięli ślub, a teraz szczęśliwie mieszkają w Polsce. Różnie w życiu bywa :)!

Cichej, spokojnej Nocy

Cichej, spokojnej Nocy

Ostatni miesiąc zrobił coś takiego z moją organizacją czasu, że dzisiaj czuję się dziwnie, gdy nie mam nic do roboty. Po pracy normą jest kolejna praca – sprzątanie, zakupy, robienie obiadu na następny dzień, zabawa w nowo odkryte hobby, wyjście na WF (praca to jeszcze czy nie praca?). Wszystko, żeby tylko nie siedzieć i nie zastanawiać się nad niczym. Teraz, przed Świętami, oczywiście było dużo różnych rzeczy do zrobienia, które konsekwentnie wypełniały mi czas. Robiłam to wszystko, aż dotarłam do punktu, w którym naprawdę już wypadało usiąść na kanapie, wziąć do ręki gazetę i lampkę wina i poodpoczywać trochę. Chwilę mi zajęło, zanim stwierdziłam, że rzeczywiście – teraz mam czas wolny.

M. ma nową pracę. Chyba aż boję się mówić, że ma, bo nigdy nie wiadomo, co znowu się wydarzy. Znowu się nie widujemy, ale za to jeśli już, to wreszcie mam z powrotem mojego męża. Wrócił do żywych. Znika na blisko dwanaście godzin i jest cały z siebie zadowolony. Wróciła energia (nie wiem, skąd ją bierze, ale skądś najwyraźniej), dobry nastrój, aktywność. Jakby wyzdrowiał. Oby tak zostało, oby jak najdłużej.

Święta spędzamy w Warszawie, pierwszy raz w nowym domu. Jeśli chciałybyście wiedzieć, jaka jest Warszawa na Wielkanoc, to przede wszystkim pusta, cudowna :). I zimno jak diabli. Nie wierzę już w żadne ciepłe dni, mam wrażenie, że one nigdy nie nadejdą i pozostanie nam gnić w tej zimnej wilgoci i spoglądać na swoje blade jak ściana odbicie w lustrze. Jakbyśmy nigdy słońca nie widzieli.

Tym, co mają więcej szczęścia i słońce za oknem – Wesołych Świąt! A nam wszystkim pozostałym – Smacznego przynajmniej, na przekór :).

Nowy fakt o moim mężu, czyli człowiek uczy się całe życie

Nowy fakt o moim mężu, czyli człowiek uczy się całe życie

Nie będzie to notka o wydarzeniach roku, ale po prostu musiałam się z Wami tym podzielić:

Blisko dwa lata po ślubie dowiedziałam się, że mój wykształcony przez Uniwersytet w Mansourze mąż nie wie, co to są cyfry rzymskie.

Dzieci się tego uczą w szkole podstawowej, mówię. To jak alfabet.

W Polsce, nie w Egipcie, ten na to.

To jak on rozumie tytuły filmów, co mają format trylogii na przykład? Jak zobaczy taką datę, to co robi? Jak on rozumie w ogóle cokolwiek? Jak on przetrwał trzydzieści dwa lata swojego życia bez takich podstaw???

Błagam. Wyszłam za analfabetę!!!

Bardziej płakać, niż śmiać się :).

Marzec

Marzec

Nie pisałam od sześciu tygodni, więc postanowiłam w końcu dać Wam jakiś znak życia ;). U nas niewiele się zmienia. M. szuka pracy, w międzyczasie jedną podjął, ale po dziesięciu dniach zamknęli firmę i wszystki zwolnili, łącznie z szefami – czy to normalne? Po co zatrudniali nową osobę? Chociaż z drugiej strony, im więcej takich historii, tym mniejsze zaskoczenie :).

Mam teraz pracowity czas, bo dużo się dzieje u nas w domu. Moja siostra wychodzi za mąż, ja świadkuję, przyjeżdża jej szwagierka ze swoim egipskim mężem. Wspaniała okazja, by, nawet niewerbalnie, zadać jedno z moich ulubionych pytań – czy ja wyglądam na kogoś zniewolonego? 😉 I to będziemy dwie!

Po ślubie uciekam na parę dni z Warszawy pooglądać krokusy, jeśli będą. Marzę o paru dniach wolnego. Wrócę do Was, gdy coś się zadzieje :).

Luty

Luty

Jakoś tak pesymistycznie tu ostatnio było. Trochę nic dziwnego, w końcu starcie z rasizmem boli, no i do tego znowu problem z pracą, ale trzeba to sobie jakoś odpowiednio poukładać w głowie i żyć dalej. Tak też zrobiliśmy.

Atmosfera w domu była ciężka, trzeba przyznać. Postanowiłam jednak to zmienić, stwierdziłam, że chyba mimo wszystko za mało go wspieram, bo sama jestem dość słabym człowiekiem. Jak ma się być twardym przez dłuższy czas, to nikt tak nie wyrobi. Zmieniłam nastawienie w trybie „od tej chwili”, zrobiłam mu w pracy laurkę i otworzyłam wino w domu. Poszłam wreszcie na moje zajęcia sportowe, wysprzątaliśmy dom, sięgnęłam po coś do czytania, zamiast bezmyślnie siedzieć przed telewizorem. Wyszliśmy z tego marazmu. Od tego czasu jest lepiej. Niech tylko jeszcze minie ta zima, bo ja mam jej już naprawdę dosyć :).

Może każda para ma swoje wzloty i upadki? Trzeba umieć się wspierać. Brzmi trywialnie, ale wierzcie mi, to bywa niezły wyczyn.

Zmieniając temat, zauważyłam znowu w Internecie jakieś niefajne poruszenie pomiędzy „arabskimi” żonami. Rzeczywiście, mnóstwo jadu w tej małej grupce społecznej. Czy to cecha wszelkich zbiorowości, nawet wirtualnych? I nie chodzi o tego czy tamtego bloga, tylko o zwykłą codzienną komunikację. Dziewczyny! Problemów nie macie? Założę się, że macie, to po co sobie jeszcze dokładać? Zamiast robić sobie docinki, czy nie lepiej byłoby napisać wprost, jaki jest mój problem i zapytać, skąd przyjdzie pomoc? Wydaje mi się, że takie małe społeczności właśnie od tego mogłyby być, żeby w pierwszej kolejności pomagać. Dobra wiadomość jest taka, że można taką postawę wdrożyć od zaraz.

Początek roku bez cenzury

Początek roku bez cenzury

Mamy za sobą nienajlepszy początek roku. Nienajlepszy to w sumie mało powiedziane. Opowiem w skrócie, chociaż może powinnam zatrzymać te wszystkie historie dla siebie. Ale powiem trochę ku przestrodze.

M. biznes się nie udał i musiał go zamknąć. Nie pierwszy i nie ostatni biznes w Warszawie, który padł ;). Szkoda, bo włożyliśmy w niego sporo energii, czasu i pieniędzy. Kto zamykał kiedyś firmę, ten wie, o co chodzi.

Z tej krótkiej, bo tylko trzymiesięcznej działalności wynieśliśmy podstawową lekcję, żeby nigdy więcej nie współpracować z Arabami. Pewnie można trochę parsknąć śmiechem, że odezwał się Arab, ale niestety takie są fakty. Przestrzegali nas inni Egipcjanie, którzy mieszkali trochę poza krajem, że na Arabów za granicą trzeba uważać. Nic Ci nie pomogą, a mogą sporo zaszkodzić. Nie wszyscy tacy są, ale na paru się nadzialiśmy.

M. nie prowadził swojej firmy w żadnej spółce, była to działalność jednoosobowa. Ale współpracował z różnymi ludźmi i najgorzej w tym miejscu wypadają Arabowie. Chodzi oczywiście o pieniądze (a o co innego). Umowy na piśmie nic nie pomagają. Arabowie oszukują, może tak samo jak Polacy, ale jakoś ze strony Polaków nic takiego nas nie spotkało. Przykra prawda! Kochane Czytelniczki, to jest przestroga dla Was, a może też jakaś wskazówka? Wasi partnerzy i mężowie być może chcą przyjechać do Polski. Postarajcie się, by dali lepsze świadectwo swojemu narodowi. Nie sugeruję, że wszyscy są oszustami. Ale też wszyscy ci nierzetelni panowie, których poznaliśmy, mają żony Polki.

Po zamknięciu firmy M. oczywiście zaczął szukać pracy. Można uznać, że wrócił do punktu wyjścia, po dwóch i pół roku pobytu w Polsce. Znalazł szansę na pracę w polskiej firmie, która dopiero się otwiera, więc przepracował tam dwa tygodnie ustawiając lokal i słuchając obietnic o umowie o pracę i spółce w przyszłości, nawet kopie dokumentów wzięli, po czym został zwolniony bez podania przyczyny (w sumie to nie zwolniony, bo obiecanej umowy nie było), nie otrzymał zapłaty za ten czas, został publicznie obrażony on i jego rodzina, w tym ja. Że a to imigrant, że przyjechał do mnie bo leci na kasę (że ja mam kasę???) i tak dalej. Oszczędzę Wam, co jeszcze się tam działo. To chyba łącznie trzecie, a drugie poważniejsze doświadczenie rasistowskie i wyzysk, przy okazji.

Może nie powinnam tego wszystkiego tutaj opisywać, ale dla mnie to też żadna tajemnica, a Was właśnie to najbardziej interesuje. Nie boimy się zawinięcia w hidżab, boimy się problemów z kasą, pracą i czasem jeszcze rasistami. Nidgy nie wiesz, z której strony spotka Cię coś złego. Ja generalnie nie ufam ludziom, ale M. to mocno odchorował, bo jest nauczony szacunku do starszych osób, respektuje europejskie standardy (że papier ma jakąś moc, w sensie), a w Egipcie nikt go nigdy w pracy nie oszukał i tak nie zwymyślał. Nie wiem, jak on jeszcze w ogóle komukolwiek zaufa. Teraz najważniejsze jest znalezienie uczciwej pracy. Znowu.

Taki to nieraz trudny żywot imigranta w Polsce :(.

Na ten Nowy Rok

Na ten Nowy Rok

Święta w Zakopanem były cudowne, ale zakończyły się trochę jak w amerykańskiej komedii. W drodze powrotnej jeszcze na Zakopiance, na wzniesieniu jakich pełno i jakich zaliczyliśmy w ciągu ostatnich dni całą masę, samochód odmówił współpracy. W tamtą stronę niby też coś się działo, ale ogarnął się po chwili i dotarliśmy bez problemów. Niestety, w stronę Warszawy już tak łatwo nie było. Samochód ma swoje lata, ale ma też mechanika-cudotwórcę, który utrzymuje go w świetnej kondycji. Nie takiej świetnej chyba jednak :). Dodam, że prowadziła moja mama, więc byliśmy tam w trójkę. Zjechaliśmy na bok, akurat był przystanek, i dalej wszystko potoczyło się jak w tych gorszych scenariuszach. Nie rusza z gazu, a po wyłączeniu silnika już w ogóle nie pali. Kręcił i kręcił i nie chciał zaskoczyć. Przyjechała laweta i zabrała nas do Warszawy. Nigdy nie oszczędzajcie na tym ubezpieczeniu! Już drugi raz wracamy ze Świąt w Zakopanem z samochodem na lawecie. To ciekawa historia, bo na Podhale samochodem jeździmy co i rusz, więc czemu tak na to Boże Narodzenie się zawziął? Więcej samochodem w grudniu tam nie jadę :).

Do tego do pracy wróciłam lekko przeziębiona. Nie wiem, jak mi się to udało, ale przeziębiłam się w Tatrach, w których właśnie z wszelkich chorób zawsze wychodzę.

Mimo wszystko Święta były wspaniałe, nawet padał śnieg, co jest jakimś atmosferycznym wyczynem ;). Jak zwykle o tej porze zaczęłam snuć plany na kolejny rok. Ten mijający jest przykładem tego, że plany potrafią się realizować. Miałam trzy główne, każdy zupełnie innego formatu: znaleźć pracę, pójść na kurs arabskiego i pokazać M. trochę więcej Polski. Z tego ostatniego punktu brakuje mi nadal spotkania z Morzem Bałtyckim. Może wreszcie wydarzy się to w przyszłym roku :).

Pierwszy stycznia wypada w niedzielę, chyba nie ma gorszego terminu, dzień, w którym zawsze lekki dół ściera się z uroczystym klimatem i nadzieją nowego początku. Niech Nowy Rok pozwoli Wam spełnić choć część Waszych marzeń. I niech zacznie się od dobrej pogody i braku kaca  :).

Święta

Święta

Podczas wigilii służbowej tydzień temu jedna z osób z pracy zaczęła składać mi życzenia, po czym przerwała w połowie zdania i zapytała, czy ja obchodzę Boże Narodzenie. Wszystko w bardzo pozytywnym klimacie oczywiście i wydaje mi się, że było to szczere pytanie wynikające z ciekawości. Odpowiedziałam, że oczywiście, że obchodzę! Czemu miałabym nie obchodzić? Bo mi zakazał lub nakazał zmianę wiary? ;))

Taka mała anegdotka. To przypomina mi, że ludzie często nie wiedzą, jak może wyglądać wspólne życie osób reprezentujących różne wiary i tradycje. Znajomi wiedzą, że od początku włączyłam M. w obchodzenie chrześcijańskich świąt. Dla niego nie była to jakoś specjalnie nowa sprawa, bo co roku uczestniczył w organizacji świąt dla gości w hotelach, no i miał koptyjskich znajomych. Ale ktoś z zewnątrz może tego nie wiedzieć lub w jakiś sposób obawiać się, że odkąd związałam się z muzułmaninem, wszystko przepadło… Cóż, moje święta obchodzimy. Gorzej z jego świętami. Za każdym razem próbuję namówić M. na zorganizowanie tradycyjnej kolacji, przygotowanie egipskich dań, które serwuje się w jego kraju w tym czasie. I co? Przeważnie kończymy przed telewizorem, a makaron z beszamelem to najwyższy kunszt, na jaki M. się zdobywa. W jego domu podobno obchodzi się muzułmańskie święta, dzieci dostają prezenty i nowe ubranka zgodnie z obyczajem. Ale kto wie, może tylko kobiety zajmują się w domu organizacją wszystkiego i jak przychodzi co do czego, to facet zwyczajnie ma dwie lewe ręce? A u nas to inaczej niby jest?

Z tej okazji życzę wszystkim Czytelniczkom, aby Wasi partnerzy chcieli i potrafili wnieść cząstkę swoich tradycji do Waszych związków, i w drugą stronę też, żeby Wasze tradycje świąteczne były obecne w Waszym życiu. Święta to dobra okazja na wyrażenie wzajemnej akceptacji i zainteresowania.

Ale przede wszystkim to życzę Wam dużo odpoczynku, bo to jest coś, czego wszyscy potrzebujemy :).

It’s the most wonderful time of the year :)

It’s the most wonderful time of the year :)

Grudzień, Święta! Mój czas :).

Poza sierpniem i okresem wakacyjnym, kiedy wydarzają się jedyne w roku akceptowalnie ciepłe dni i nikogo nie ma w Warszawie, grudzień jest moim ulubionym miesiącem. Uwielbiam światełka, choinki, świeczki, skarpetki i kocyki. Gdy się da, robimy z M. różne świąteczne rzeczy, na przykład oglądamy „Love Actually” i „Listy do M.”, jemy pierogi z kapustą i grzybami i pieczemy piernik. Poszlibyśmy pooglądać dekoracje świetlne na starówce, gdyby przestało padać. Dzielny jest.

Na Święta wyjeżdżamy całą rodziną na Podhale. M. pierwszy raz zobaczy tamtejsze Boże Narodzenie, ja sama nie mogę się doczekać. To już w przyszłym tygodniu, a fajną atrakcją są urwane dodatkowe dwa dni wolne. Ostatnie święta bez M. spędzałam właśnie w Zakopanem, trzy lata temu, wtedy gdy tak wiało i straty górale liczą chyba do dziś. To w czasie tamtego Bożego Narodzenia właśnie zdecydowaliśmy, że on przyjedzie do Polski, a nie ja do niego. Jeszcze nie wiedziałam wtedy, z czym się to wszystko je, jak to jest z wizą, pozwoleniem na pobyt i tak dalej. Trzy lata później jestem z nim tutaj, razem, od półtora roku żona :).