Arabski optymizm

Arabski optymizm

Zastanawiam się czasem, czy pewna cecha, którą posiada mój M., i która wydaje się niejednokrotnie dominować całą jego osobowość, to jakaś cecha narodowa Egipcjan, czy tylko jego? Mam na myśli jego optymizm, który rządzi chyba wszystkimi sferami jego życia.

Cokolwiek się dzieje, zawsze don’t worry, it will be ok. Niezależnie czy wali się i pali, M. zawsze powie, że wszystko będzie dobrze i rozwiążemy tę sytuację. Nawet gdy przeczy to wszelkim moim zasadom logiki. W naszym związku to ja jestem osobą podcinającą skrzydła, przyznaję się, a stąd pewnie niebezpiecznie blisko do zrzędzenia. Nie mam zbyt dużo wiary w siebie, nigdy nie miałam. I niestety w innych też często nie wierzę, jeśli widzę, co robią i jak idzie im realizowanie ich planów. M. by pewnie chciał, żebym zawsze wierzyła, że wszystko się ułoży. A ja na to mam zawsze jedną, tę samą, nieśmiertelną odpowiedź: no to konkret proszę!!!

Wszystko będzie dobrze, ale na przykład planu za bardzo nie ma. Chcemy pojechać na cudowne wakacje – don’t worry, we will go. A gdzie, kiedy, za co? Będzie dobrze, pojedziemy. No jakoś jak dotąd żeśmy nie pojechali, z tą całą jego optymistyczną filozofią. W przypadku liczenia pieniędzy sprawa jest naprawdę prosta, masz albo nie masz, odłożysz albo nie. Nie trzeba sięgać za bardzo do wiary w dobry los, wystarczy policzyć kasę.

Tak sobie myślę, że pod względem patrzenia w przyszłość jesteśmy kompletnie, ale to kompletnie różni. On jest totalnym optymistą, ja jestem totalną realistką z chorym skrętem w kierunku pesymizmu. Każde z nas ma na to swoje argumenty. Ja mu mogę powiedzieć, że jest nieodpowiedzialnym lekkoduchem, który do niczego jak widać nie podchodzi poważnie, ale byłoby to przecież wielkim kłamstwem. On może powiedzieć do mnie na to, że jestem zjedzoną przez strach asekurantką, która w życiu nie podejmie żadnego ryzyka, nie wierzy w siebie ani w ogóle w nikogo i która wszystko widzi w czarnych barwach. To też byłoby niesprawiedliwe! A na koniec jeszcze każde z nas mogłoby obrzucić to drugie stwierdzeniem, że wygodnie to tak żyć. Nic nie planując! Nic nie ryzykując!

Ktoś, kto postawił wszystko na jedną kartę, rzucił swój kraj i wygrał, nie jest lekkoduchem. I ktoś, kto poślubił człowieka z innej planety, nie jest asekurantem.

Mimo tych fundamentalnych w naszej historii wydarzeń i decyzji, w życiu codziennym często ścieramy się o te różne podejścia do przyszłości i planowania. Czytałam gdzieś, że muzułmanin nie może być pesymistą, bo oznaczałoby to, że nie wierzy w siłę Boga. Od razu mam ochotę powiedzieć, że to idealna podkładka do siedzenia pod gruszą i zbijania bąków. Po co cokolwiek robić? Będzie jak Bóg chce! Ale z nas dwojga to on dokonał niemożliwego, a potem jeszcze spełnił swoje marzenie i otworzył lokal. Wszystko to mi się trochę kłóci ze sobą i czasem już naprawdę nie wiem, co mam myśleć o tej całej filozofii życiowej mojego arabskiego męża.

Daję mu teraz pewną furtkę i jak mu się uda, to się od tego jego optymizmu odczepię. Mówię mu tylko, ok, w takim razie umowa stoi. Zawierzam jego optymizmowi, a potem powiem: sprawdzam.

Witamy listopad :)

Witamy listopad :)

Osoby prowadzące własną firmę i pracujące z wieloma różnymi kontrahentami wiedzą, jak to czasem jest właśnie. Pracować z ludźmi. Czekać, aż oni sami zaczną pracować. Aż Cię coś czasem trafia, ale nie masz wyjścia. W zasadzie to nie tylko przedsiębiorcy borykają się z tym problemem, to samo mamy przecież chociażby w najprostszej pracy biurowej. Po prostu niby wszyscy są w pracy, a czasem jakby co najwyżej połowa 🙂

To tak pół żartem, pół serio. Natomiast zupełnie na serio wydaje mi się, że niektórzy nie podchodzą poważnie do swojej pracy, bo trafili na M., który jest Arabem, a Arabem przecież nie trzeba się przejmować. Facet ma wycenić system alarmowy, rzekomo drogą smsową, i ani widu ani słychu. Kierowca, który nawet jeszcze oficjalnie nie rozpoczął współpracy, ma problem z samochodem i cały dzień czeka na pomoc drogową, a M. z towarem to jakby nie jego problem. Panowie z tablicą reklamową mają być o trzeciej, przyjeżdżają o ósmej. W ogóle, średnio godzinne spóźnienie na spotkanie jest najwyraźniej jakąś nową normą. Przedstawiciele handlowi dwóch różnych firm oddzwaniają i rozłączają się bez słowa, słysząc język angielski. Inna pani handlowiec przesyła maila, w którym prosi o „kontakt z osobą, z którą będzie mogła porozumieć się po Polsku”. Firma o światowej renomie przez trzy tygodnie nie jest w stanie zabrać lodówki, którą przywiozła zepsutą i bez zapowiedzi. Co się dzieje z tymi ludźmi?

Cóż, uczymy się i nabieramy doświadczenia. Zaczynam rozumieć, dlaczego właściciele firm albo menedżerowie są czasem tacy oschli, a jeśli to kobieta, to zachowuje się jak zimna suka 🙂 Po prostu rzeczywistość wymaga, aby być twardym i twardo grać z ludźmi. Trzeba nabrać asertywności. Niezależnie od tego, że M. dzisiaj powinien już rozmawiać po polsku i to tylko i wyłącznie jego wina, że tego nie robi (ok, moja trochę też), to osoby pracujące w sprzedaży, niemówiące po angielsku i nadal biorące pieniądze, to jakiś ponury żart :).

Ale ja mam podejrzliwą naturę i czasem wydaje mi się, że połowa tych niesolidnych osób starałaby się bardziej, gdyby M. był Polakiem. Faktury i zasady te same, firma prowadzona w Polsce, a jednak jakby gorszej kategorii. Nie dla wszystkich oczywiście, bo poznaliśmy też paru fajnych ludzi, którzy do wszystkiego podchodzą poważnie i odpowiedzialnie. I z nimi się najlepiej pracuje. Ale poza nimi mam wrażenie, że klient-Arab to gorszy klient, którego można zlekceważyć, bo i tak nic nam nie zrobi.

Poza tym prowadzenie firmy ma całą masę plusów i mimo że to ciężka praca, polecam ją zdecydowanym osobom :). Do tego jednak trzeba mieć predyspozycje, upór, jakieś wewnętrzne przekonanie o słuszności założonego celu. Trzeba być proaktywnym, a nie wykonawczym. To drugie to ja i czasem trochę się przydaję, gdy trzeba pozałatwiać papierki. Tymczasem nadchodzi piątek… wolny dzień!!!

Jesień

Jesień

Chcę się pochwalić (a może nie się, tylko kogoś innego), że znajoma z kręgu okołorodzinnego wyszła niedawno za mąż za Egipcjanina. Mieszkają tam, on jest Koptem. Dwaj egipscy mężowie w jednej rodzinie – taka polska sytuacja :).

Ostatnio przekonuję się trochę, co to znaczy być zapracowanym. Swoją pracę mam, do tego praca M., co do której co jakiś czas obiecuję sobie, że ukrócę to jeżdżenie tam i siedzenie z nim, niech sam robi, skoro tak chciał. Weekend ostatni raz miałam po urlopie. Czekaj, jakim urlopie w ogóle? 😉 Na szczęście w mojej pracy dodatkowa fucha tymczasowo nie doszła do skutku, więc przynajmniej nie dojdzie mi więcej obowiązków, na razie. Zamiast tego zaczął się doktorat, co też wymaga trzeźwości umysłu. Od dwóch tygodni chcę zrobić zupę dyniową i nie jestem w stanie. Może dziś? Ale czemu ja mam robić zupę dyniową, skoro mam kucharza w domu? Ano tak to jest właśnie, szewc bez butów chodzi. Naszą nową normą jest jedzenie gotowych dań odgrzewanych w mikrofali, raz w tygodniu staram się zrobić zacniejszą kolację, której zazwyczaj nie kończymy, bo albo komu chce się jeść o dziesiątej wieczorem, albo przysypiamy na kanapie. Uwielbiałam naszą domową kuchnię i tradycję niedzielnych rybnych obiadów, teraz mam wrażenie, że istnieje tylko fast food :). Tak nie będzie zawsze – moja nowa mantra.

Ale nie piszę tego wszystkiego w klimacie narzekania lub malkontenctwa. Bardzo, naprawdę bardzo się cieszę, że M. ma prawdziwą pracę, robi coś dobrego dla innych i dla nas. Spełnił swoje marzenie o własnej firmie, chociaż wiadomo, że taka praca ma wiele odcieni, dobrych i słabszych stron. Ale zapadł mi w pamięć jeden obrazek z internetu, taka życiowa rada: gdy masz ochotę ponarzekać na swoją pracę, pomyśl o tych, którzy w ogóle jej nie mają. My akurat oboje wiemy, co to znaczy, dlatego tym bardziej doceniamy każdy pracowity dzień, nawet jeśli kończy się po 22. Na razie wszystkie ręce na pokład i rozwijamy interes wspólnymi siłami. Co nie znaczy, że dziś nie zamierzam zrobić sobie wolnego. Po własnej pracy. Dzięki. 🙂



Początek działalności

Początek działalności

Szybko to wszystko poszło. Ciekawe, że najpierw człowiek tygodniami, miesiącami robi plany i zastanawia się, jak to wszystko będzie we własnej firmie wyglądało. A potem w końcu ją otwierasz i wszystko zaczyna pędzić. Czasem aż mnie to trochę przeraża i onieśmiela, że M. załatwia coraz to nowe sprawy i przed niczym się nie wycofuje. Dopóki wszystko pozostawało w sferze planów i względnej niemożliwości, fajnie było sobie tak gadać i snuć różne wizje. A teraz już jesteś w tej sytuacji, masz tę swoją działalność gospodarczą i możesz realizować to, co sobie założyłeś. Nawet nie tyle możesz, co musisz.

Gdyby ktoś potrzebował porady, jak się otwiera firmę, to ja chętnie pomogę ;). Polecam szczególnie moment, gdy orientujesz się, że została na przykład jeszcze tylko jedna rzecz do załatwienia. Czyli resztę z listy można sobie odhaczyć. Wszystko to brzmi dość abstrakcyjnie, ale organizacja własnej firmy to dla mnie zupełnie nowy teren. I do tego tak mi się w życiu złożyło, że to nie ja jestem właścicielką tej firmy, tylko mój egipski mąż. Przechodzę więc przez wszystko razem z nim, żeby mu w miarę możliwości pomóc. Ale zauważam też po mału z satysfakcją, że M. już na tym wsparciu tak bardzo nie polega. Sam spotyka się z tymi wszystkimi ludźmi, dzwoni, wysyła, zamawia, sam zaczyna odwiedzać urzędy. Im więcej wyzwań, tym mu zresztą lepiej idzie. Odpukać.

Nasze życie też błyskawicznie się zmieniło. Miałam faceta w domu i nagle nie mam :). Szybciutko opustoszała lodówka, pranie zaczęło zalegać, śmieci same się nie wynoszą. Z pracy przed komputerem przeskoczył na pracę siedem dni w tygodniu po dwanaście godzin, plus dojazdy. No ale na swoim. Ja po swojej pracy jeżdżę do niego i działamy razem. Tak nie będzie zawsze, ale na starcie chyba tak milej, jak ktoś z tobą jest.

To jest taki stan, taka sytuacja, której kompletnie bym nie przewidziała jeszcze pół roku temu. Po raz kolejny okazuje się, że sytuacja zawodowa nie jest dana raz na zawsze i że jest w stanie w krótkim czasie diametralnie się zmienić :).

Egipcjanin otwiera firmę w Polsce

Egipcjanin otwiera firmę w Polsce

Tak, Moi Drodzy :). Dzieje się.

Wspominałam niedawno, że M. zmienia pracę. Jednak bardziej adekwatnym określeniem byłoby, że zaczyna pracę. Parę dni temu zarejestrował działalność gospodarczą w Polsce. W innej branży, niż spędził ostatni rok, ale w zasadzie w tej samej, w której pracował pół życia w Egipcie i nawet jeszcze w Polsce. I jedynej, która go tak naprawdę interesuje, o czym się chyba wreszcie przekonał. Nie wspominałam o tym właściwie nikomu, dopóki nie było pewne, że to wszystko dojdzie do skutku.

To temat nowy, długi i złożony, dlatego zacznę od samego procesu rejestracji działalności gospodarczej. Oczywiście, łatwo i prosto nie mogło być :). Podstawowym problemem było naturalnie jego nazwisko, z którym walczą wszystkie polskie urzędy. Problem o tyle poważny, że w nazwie firmy musi to nazwisko wraz z imieniem wystąpić. Spedziliśmy przy stanowisku rejestracji działalności gospodarczej ponad godzinę, ale większość tego czasu zajmowało prostowanie kwestii jego danych osobowych. Siedzieliśmy sami przy okienku, a pan gdzieś krążył po urzędzie z naszymi papierami. Stanęło na tym, że poprzedni pan, zajmujący się meldunkami i odpowiedzialny za wprowadzanie danych do rejestru PESEL, pomylił się. „Głupoty opowiadał”, stwierdziła druga pani, która przyszła z pomocą. Czyli że jednak Egipcjanin ma nazwisko, a nie brak nazwiska. Aż się boję, co będzie przy kolejnych meldunkach.

W jaki sposób Egipcjanin otwiera firmę w Polsce?

Zacznijmy od prostej prawdy, że egipski mąż Polki zakłada działalność na identycznych zasadach, co Polacy. Akurat nasz pan w urzędzie trochę tego nie był pewien, ale go doedukowałam :).

Samo założenie firmy, jak wszyscy opowiadają i mają rację, jest naprawdę proste. Wystarczy przeczytać jakikolwiek poradnik w internecie na ten temat, albo sięgnąć do najprostszych krótkich publikacji, które są dostępne za darmo w różnych urzędach. Wniosek wypełnia się przez internet, a potem idzie się do swojego urzędu dzielnicy (gminy), aby go podpisać. We wniosku trzeba podać swoje dane, adres i wybrać z bardzo intuicyjnej listy rodzaje działalności, które będzie się prowadziło. Zasady wypełniania wniosku są takie same, jak w przypadku Polaków. Jedyna wątpliwość może dotyczyć wyboru sposobu prowadzenia księgowości – do rozwiania w pięć minut, gdy się o tym poczyta. Do wniosku dołączamy na końcu skan decyzji Wojewody o pobycie czasowym, jej numer trzeba też wpisać we wniosku w odpowiednim miejscu. Decyzja i paszport to tutaj podstawowe dokumenty.

Po wysłaniu wniosku przez internet wyświetla się możliwość wydrukowania go sobie w wersji roboczej, co oczywiście robimy. Zabieramy wydruk ze sobą do urzędu. Oprócz tego przezornie wzięłam parę innych dokumentów i dobrze, bo pan i druga pani oglądali je wszystkie (to przez te nazwiska), wszystko oryginały:
– oczywiście decyzja o zgodzie na pobyt czasowy
– zaświadczenie o zameldowaniu na pobyt czasowy
– potwierdzenie nadania numeru NIP sprzed dwóch lat
– akt małżeństwa
– paszport
– aktualna karta czasowego pobytu

Niby nigdzie to wszystko nie jest wymienione, ale i tak się przydało. Po szczęśliwym nadaniu nazwiska M. :), pan wydrukował nasz wniosek w dwóch egzemplarzach, przejrzeliśmy go jeszcze raz, M. podpisał i gotowe. Na pojawienie się wpisu w internetowym rejestrze czekaliśmy potem trzy dni.

Urząd Skarbowy i ZUS

Kilka dni później postanowiliśmy załatwić sprawę deklaracji, że M. będzie odprowadzać podatek VAT. Wydrukowałam z internetu formularz (3 strony), wypełniliśmy go z innym poradnikiem w ręku, wysłaliśmy pocztą. Podobno wszystko jest ok, przynajmniej tak twierdzi pan, który będzie prowadził nam księgowość.

Teraz przed M. kolejne kroki, identyczne jak w przypadku Polaka otwierającego firmę, na przykład:

– zakup kasy fiskalnej, jej fiskalizacja i rejestracja w Urzędzie Skarbowym
– zgłoszenie jego ubezpieczenia do ZUS, takie samo, co wypełniamy przy umowie o pracę (mamy na to 7 dni od terminu rozpoczęcia działalności – w naszym przypadku nie jest to termin złożenia wniosku o otwarcie firmy, tylko trochę później)

Oprócz tego M. ma już otwarte konto bankowe dla przedsiębiorcy i czekamy na pieczątkę. Jego firma formalnie jeszcze nie działa, bo przeznaczył sobie na początek czas na mały rozruch i dokończenie wszystkich spraw. Ogólnie rzecz biorąc, cudzoziemiec przechodzi przez to samo, co Polacy, gdy otwiera firmę. Jeśli kiedyś miałyście już styczność z tą procedurą, tutaj raczej nic Was nie zaskoczy :).

„Tych Arabów to tylko pomordować”

„Tych Arabów to tylko pomordować”

Mocne wejście.

Po ponad dwóch latach pobytu M. w Warszawie, po raz pierwszy usłyszałam rasistowski tekst. Nie wiem, czy był kierowany pod naszym adresem, czy chodziło o zaczepkę, czy tylko wbicie szpilki ale tchórzliwie, pół-anonimowo, jak w internecie, żeby pokazać, do kogo należy ten kawałek europejskiej ziemi. Dorosły człowiek generalnie nie wypowiada się w ten sposób publicznie, więc jak zwał tak zwał.

Stoimy sobie na przystanku, czekamy na autobus, żeby podjechać do sklepu budowlanego w pobliżu. Dobra dzielnica, piękna pogoda, ja wietrzę głowę bo od czterech dni jestem na lekach na zapalenie oskrzeli, słońce świeci, wokół cisza i spokój. Południe. Niedziela.

Dokładnie w momencie, w którym robię krok w stronę zadaszenia, aby zerknąć na rozkład jazdy, bo nic nie jedzie (niedziela w końcu), słyszę męski, starszawy głos: „Tych Arabów to tylko pomordować”. Zaskakujące przerwanie ciszy i ćwierkania ptaków. Nic nie mówię do M., szukam autobusu na rozkładzie. Chyba tylko połowicznie dociera do mnie, co usłyszałam. I czy to na pewno chodziło o nas?

Mija sekunda i M. stwierdza, że jednak budowlankę ogarnie sam, żeby czasu nie tracić i moje gardło trochę oszczędzić. Wycofujemy się i kierujemy w inną stronę, mijając nasz przystanek. Mam więc okazję przyjrzeć się, jak wygląda człowiek, który mówi takie rzeczy do innych ludzi.

Niebezpieczeństwa chyba nie ma – pan w stylu pijaczka, pewnie w średnim wieku, choć wygląda starzej. Zaplute tenisówki i kurtka, plecak ze szkoły podstawowej, nieogolony, nieumyty, wszystko brudne. Ale trzeźwy i twarz myśląca. Razem z nim kolega, wygląda podobnie, nie rozmawiają. Nasze oczy się spotkały, więc posłałam mu jedno z moich najserdeczniejszych spojrzeń i to on pierwszy odwrócił wzrok.

Trochę nie wiem, jak powinno się poprawnie zachować w tej sytuacji. Odpowiedzieć mu coś? Zapytać, czy mówi do nas? Poprosić, by doprecyzował? Dopytać, czy ma na myśli, że powinno się na przykład zabić mojego męża? Z tym mordowaniem, to naprawdę o nas chodziło? A może od razu na Policję?

Nie było niebezpiecznie, wolę drobnego pijaczka niż młodego kibola. W takim drugim przypadku chyba wolałabym nieźle zwiewać. Musiała się taka sytuacja w końcu zdarzyć, chociaż poczucia zagrożenia nie było absolutnie żadnego. M. co swoje nasłuchał się półtora roku temu w pracy. Wie, jak jest w Polsce i można się przyzwyczaić. Ale że obok niego byłam teraz ja, kobieta, Polka, a dziad takie rzeczy mówi, to wstyd za mojego rodaka.

Chyba nie ma co odwoływać się do wartości demokratycznych, że w wolnym kraju każdy mówi i robi co chce, bo i do tych samych wartości sięgając wiemy, że moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. A gdy mówimy o potrzebie mordowania, to chyba jednak naruszamy tę cudzą wolność. Więc poprawność polityczną chowam do kieszeni.

I to w taki piękny dzień, słoneczna niedziela!

Kolejne święta

Kolejne święta

Mała anegdotka z codziennego życia małżeńskiego z Egipcjaninem. Nie mówię, że kroczek po kroczku każdego człowieka się na coś przekabaci, bo ja wcale nie chcę tego robić. Ale być może pewne rzeczy dzieją się gdzieś w tle, przypadkiem, biegiem czasu. M. rozsmakował się w kolorowych piwach, takich, co w Polsce uważane są za dziewczyńskie. Niskoprocentowe, czasem nawet w ogóle zero procent. Przeważnie okazuje się dopiero w domu, jak dopatrzysz się składu tym małym druczkiem. Kupował sobie do każdego meczu Polski z kimś tam w czasie Euro (sam środek Ramadanu), albo gdy gra jakaś jedna z miliona ważnych drużyn, teraz kupuje sobie do kolacji lub programu w TV. W piątek wieczorem idę na basen i mówię, że w drodze powrotnej kupię sobie jakieś wino na weekend. A ten mnie prosi o kupienie mu piwa :). Polski mąż. Do odświętnej kolacji wczoraj sam zaproponował otworzenie szampana.

Eid Mubarak! :)

Po urlopie, czyli co jest nie tak z pracą dla Egipcjanina

Po urlopie, czyli co jest nie tak z pracą dla Egipcjanina

Wszystko co dobre szybko się kończy ;). Wróciliśmy po urlopie do pracy, na szczęście jest jeszcze szansa na parę ciepłych dni w Polsce i to nawet w ten weekend? A potem już pewnie szara i chłodna rzeczywistość. M. chyba nie byłby sobą, gdyby nie wzięło go na zmianę pracy. Próbuje teraz robić co innego, pewnie dlatego, że poprzedni biznes jednak mu nie wypalił. To znaczy wypaliło i się skończyło. Czasem naprawdę nie wiem, jak M. wyobraża sobie własną zawodową przyszłość i jak to się w końcu przełoży na nasze małżeństwo i nasze życie. Z pewnością mogę Was uprzedzić, że Egipcjanie nie mają w Polsce łatwo z pracą, a jak już coś mają, to nigdy nie wiesz, na jak długo. Taka to huśtawka. Ale to nie oznacza, że pracy nie ma wcale.

Piszę o tym teraz dlatego, że dostałam ostatnio w tym samym czasie kilka wiadomości od Was z pytaniem, jak to jest z pracą dla Egipcjanina. Myślę, że podstawowe problemy w tej materii są tylko trzy:

1. On nie zna języka polskiego. A jesteśmy w Polsce, więc po jakiemu niby mamy się komunikować w pracy. Jest oczywiście cała masa stanowisk, gdzie mówi się tylko po angielsku lub tylko po niemiecku i tak dalej i takie stanowiska właśnie będą w obrębie Waszych zainteresowań. Niestety, sporo z nich to stanowiska wysoko ulokowane w strukturach organizacji, gdzie trzeba mieć odpowiednie doświadczenie zawodowe. Czyli, w skrócie, praca niekoniecznie dla barmana z Sharmu, jakimkolwiek informatykiem czy prawnikiem w rzeczywistości by nie był.

2. On nie ma doświadczenia zawodowego. Czyli patrz wyżej. Studia skończone pięć, dziesięć lat temu i ani jednego dnia spędzonego w zawodzie. Może i nawet pracował kiedyś tam, gdzie by naprawdę chciał, ale w Polsce raczej nie będzie to brane na poważnie. Prowadzenie sklepu przez ileś lat w Egipcie? Toż to prehistoria w porównaniu z jakże rozwiniętą Polską :). Wiadomo jednocześnie, że realia pracy w Egipcie są zupełnie inne niż w Polsce. Różnimy się pod względem:
– sposobu zawierania umowy, np. w Polsce po prostu ją zawieramy, tam niekoniecznie
– sposobu wypłaty, tam nie każdy ma konto bankowe, ale i w Polsce tygodniówki bywają wypłacane do ręki
– czasu pracy, to w ogóle niebo a ziemia
– przepisów prawa i bezpieczeństwa pracy (są tam jakieś?)
– sposobu otwierania biznesu, pod tym względem naprawdę łatwiej żyć w Egipcie.
Przydatność dyplomów jest w naszych krajach na jednakowym poziomie, no i rekrutacja do pracy przebiega podobnie, gdyby tak spojrzeć prawdzie w oczy. Z tym wyjątkiem, że u nas chyba każdy ma szansę na pracę w komórkach państwowych. Tam musisz mieć mocne znajomości, zacną rodzinę albo portfel. Z kolei w Egipcie taka praca jest poważana, bardzo dobrze płatna i wszyscy jej zazdroszczą. Nie to co u nas.

3. Polacy nie chcą zatrudniać Arabów. To pewnie trochę krzywdzące dla osób pozytywnie nastawionych wobec cudzoziemców, ale umówmy się. Arab to w dalszym ciągu terrorysta, i szuka pracy?, tyran, bije ludzi, fanatyk religijny i do tego się nie myje. Nawet, jeśli nie każdy reprezentuje takie przestarzałe już opinie, to jednak podchodzi się do obcokrajowców z rezerwą i brakiem zaufania. To jasne, że na to ostatnie każdy z nas w pracy musi sobie zasłużyć, ale niestety nie zawsze będzie taka szasna Egipcjaninowi w Polsce dana. Myślę, że sporo się na takim podejściu traci, bo Egipcjanin może być fajnym pracownikiem. Dla niego kilkunastogodzinne zmiany to normalka, jeden dzień wolny w tygodniu to już luksus, urlop bierze się maksymalnie na tydzień raz w roku. Do tego chodzi jak w zegarku, bo w Egipcie za byle co wylatuje się z roboty.

Gdzie zatem szukać pracy? No cóż, wszędzie, jak wszyscy. Wysyłać CV z uporem maniaka, nawiązywać znajomości z innymi cudzoziemcami, pytać wśród polskich znajomych. Można też starać się o własny biznes, ale to będzie wymagało oczywiście kasy i skutecznego poznania realiów samozatrudnienia w Polsce. Chciałam dodać „i nie poddawać się”, ale chyba akurat to Egipcjanom niepotrzebne, skoro dali już radę wyjechać z kraju i zamieszkać w Polsce.

Egipskie powroty

Egipskie powroty

Drugi egzamin M. też oblał. Komputer był ten sam, pan prowadzący egzamin tym razem inny, nie mówił po angielsku, ale to i niepotrzebne. Za to poświęcił więcej czasu na obejrzenie karty pobytu M. z obu stron (po parę razy!). Być może pierwszy raz zobaczył cudzoziemca na oczy :). Kiedyś musi być ten pierwszy raz, nawet w pracy. Na kolejny termin M. chce się zapisać dopiero po urlopie.

Lipiec i połowa sierpnia zleciały mi błyskawicznie. Było parę ciepłych dni, ale coś mi się wydaje, że już się skończyły. Drzewa za oknem brązowieją. Ale to już? 😦 Nie przeszkadza to jednak faktowi, że od jutra, a nawet od dziś zaczynam urlop! Cudnie 🙂

Przy okazji poruszę temat, z którym pewnie się stykacie lub zetkniecie, gdy Wasz luby przyjedzie na stałe do Polski. Dużo osób i bardzo często pyta mnie, kiedy M. wybiera się do Egiptu. Zadają to pytanie za każdym razem osoby, których nie widziałam na przykład miesiąc. A ja zawsze odpowiadam im to samo, chociaż swoją wiedzę też czasem sama aktualizuję. M. nie wybiera się na razie do Egiptu. Nic się nie zmieniło od dwóch lat. Obecnie ilekroć go o to pytam, odpowiada tak samo, że może w przyszłym roku albo w jeszcze następnym. Nie spieszy mu się jakoś. Z perspektywy imigranta może to i dobrze, że mu nie tak tęskno, bo to przecież łatwiej żyć, niż gdyby zdychał tu z żalu za krajem. Dla mnie też, przyznaję, lepiej. Chociaż ja sama nie wyobrażam sobie, że mogłabym tak siedzieć za granicą i nie chcieć wrócić albo przyjechać do Polski raz na jakiś czas. Może punkt widzenia zależy od punktu siedzenia?

Nikomu z jego arabskich znajomych przebywających w Polsce nie spieszy się do Egiptu i innych krajów. To nie znaczy, że nie jeżdżą. Mniej więcej raz na dwa lata robią sobie taką wycieczkę, która trwa od tygodnia do miesiąca, zależnie od sytuacji. Częściej lata tylko jeden znajomy, który nadal prowadzi w Egipcie biznes i chce go czasem doglądnąć. Podobno wyjazd do kraju wiąże się z kłopotem pod tytułem prezenty. Rodzinka oczekuje w końcu czegoś z Europy, zwłaszcza, że nie widuje faceta całe lata. Tak samo, jak my czekaliśmy i czekamy na prezenty ze Stanów :). To chyba zrozumiałe. I weź tu obdaruj to stado ludzi. Starają się ograniczyć do prezentów dla dzieci, ale to i tak dużo. Dla mnie akurat kupowanie prezentów to wspaniała sprawa, ale rzeczywiście, trzeba się do tego nieźle przygotować.

Żony najczęściej zostają w Polsce z dziećmi. I stresują się, co tam się w Egipcie dzieje, a obecnie to jeszcze, czy samolot aby na pewno doleci, a potem wróci. Nastawialiśmy się na pierwszą podróż do Egiptu razem, ale po ostatnich akcjach M. przestawia się bardziej na podejście, że może jednak pojedzie sam. Chociaż wtedy to może też już będzie inna sytuacja polityczna i będzie bezpieczniej.

Przy okazji, zorientowaliśmy się, że jeszcze jakieś półtora roku i M. będzie musiał składać kolejny wniosek o kartę pobytu. O ile przepisy się nie zmienią (w sumie to na pewno się zmienią, ale załóżmy), będzie to już karta stałego pobytu. Przypomnieliśmy sobie, że to właśnie wtedy nadejdzie ten moment, kiedy M. ucieknie do Paryża, chociaż poprawia mnie, że woli do Berlina. Z taką stałą kartą bardziej się opłaca. Czyli mam jeszcze jakieś w przybliżeniu dwa lata małżeństwa przed sobą ;))). Chyba nie powinnam nigdy pisać, mówić ani nawet myśleć takich rzeczy, bo nie wiadomo, co jeszcze los nam przyniesie. I nie mam na myśli żadnej europejskiej dezercji. Teraz piszę to serdecznie, wyłącznie w charakterze żartu, który rozumiecie tylko Wy, partnerki Arabów w Polsce :).

Tym humorystycznym akcentem żegnam się z Wami na parę dni i życzę mocno, aby mój dobry nastrój (naprawdę dobry! pierwszy raz od dawna!) udzielił się też Wam. Może czasem wystarczy po prostu wziąć wolne :).

Wymiana egipskiego prawa jazdy na polskie cz. 3

Wymiana egipskiego prawa jazdy na polskie cz. 3

Oczywiście – nie zdał :). Nie brakowało mu wielu punktów, to znaczy mogło być gorzej, ale niestety trzeba będzie odwiedzić ośrodek egzaminacyjny jeszcze raz albo nieraz. Dobra wiadomość jest taka, że nie było żadnych wpadek proceduralnych. M. był na liście gdzie trzeba, miał ustawiony egzamin po angielsku, nawet pan prowadzący egzamin rozmawiał z nim po angielsku. Oprócz niego zdawało jeszcze dwóch cudzoziemców, reszta to Polacy. Cudzoziemcy nie zdali, polscy sąsiedzi przy biurkach obok też nie. Pan sprawdzający listę (tak na wszelki wypadek – wyczytuje wszystkich po kolei, wtedy wchodzi się do sali, podpisuje listę, a pan podaje numer komputera; szczegółowe instrukcje pan przekazuje po polsku, a potem króciutko po angielsku) każdego pytal „Pan po raz pierwszy?”. Do wejścia na egzamin wystarczy cudzoziemcowi karta pobytu. Po egzaminie poszliśmy zapisać się na kolejny termin, też wystarczyła już sama karta, bez Profilu Kandydata. Wszystko już jest w systemie, tylko wybieramy sobie termin i opłacamy.

Egzamin składa się z (chyba) 32 pytań, maksymalnie 74 punkty do zdobycia, wystarczy 68 aby zdać. Większość to pytania TAK-NIE, masa filmików. Jest czas na przeczytanie pytania, potem czas na filmik, potem czas na odpowiedź. Nie można wrócić do poprzednich pytań. Każde pytanie inaczej punktowane. My to mieliśmy kiedyś prościej, 18 pytań wielokrotnego wyboru, razem 18 punktów, 16 zdaje. Teorię robiło się z palcem w nosie. Następny termin egzaminu niebawem :).