Wymiana egipskiego prawa jazdy na polskie cz. 2

Wymiana egipskiego prawa jazdy na polskie cz. 2

Jakiś czas temu rozpoczęliśmy procedurę wymiany egipskiego prawa jazdy na polskie. Sprawa posunęła się do przodu, aktualnie czekamy już na egzamin teoretyczny. W międzyczasie zadziało się parę rzeczy, a mianowicie:

Jakiś tydzień po złożeniu przez nas papierów w urzędzie dzielnicy odebrałam telefon od pani, która przyjmowała dokumenty, że konieczne będzie potwierdzenie prawdziwości egipskiego prawka przez Ambasadę Egiptu. Tak mi się zdawało od początku, że to jeden z kroków, ale nic w tym kierunku nam wcześniej nie sugerowano. No i w związku z tym mamy dwie opcje: pojechać osobiście do Ambasady i załatwić sprawę, lub dostarczyć prawo jazdy do urzędu i oni sami je wyślą. M.owi nie uśmiechało się jechanie przez pół miasta, czekanie w kolejce i płacenie kolejnej stówki za dokumenty od Ambasady (jakoś tak za każdym razem musieliśmy płacić sto złotych, za wydanie jakiegokolwiek dokumentu), więc postanowił zanieść prawo jazdy do urzędu i niech oni sami wysyłają.

Dotarł na miejsce, a tam za biurkiem była inna pani. Ani słowa po angielsku, pani bierze do ręki egipskie prawo jazdy i nie wie, co z nim zrobić. No to M. dzwoni do mnie, abym przez telefon wytłumaczyła o co chodzi. Pani nie chciała się zgodzić z moją wersją wydarzeń, (z lekkim oburzeniem) Państwo sami to załatwiają we własnym zakresie, ale jak poszła  zapytać koleżanki, to okazało się, że jednak niekoniecznie sami we własnym zakresie. M. zostawił zatem prawo jazdy na pastwę urzędu i poczty polskiej (chyba).

Kolejne dwa lub trzy tygodnie później przyszło do nas pismo, że ze względu na złożoność sprawy i brak odpowiedzi od instytucji właściwych do wydawania decyzji, urząd nie wyrobi się z realizacją naszej sprawy i przeciągnie się ona do 30 września. Spoko, nie pali się.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie „nasza” pani z informacją, że jest już odpowiedź z Ambasady, potwierdzili prawdziwość egipskiego prawa jazdy i możemy odebrać Profil kandydata na kierowcę.

W takim razie tydzień temu, w poniedziałek (bo w poniedziałki pracują do 18) poszliśmy do urzędu, M. coś tam podpisał i odebrał Profil. Egipski dokument został w urzędzie, bo po zdaniu egzaminu zostanie odesłany do Egiptu. Ciekawe, czy będą wiedzieli, gdzie to wysłać :))). Inaczej mówiąc, M. będzie miał tylko polskie prawo jazdy. Nic więcej w urzędzie nie musimy robić, dopiero po zdaniu egzaminu pani zadzwoni do mnie z informacją, że jest już polskie prawo jazdy do odbioru.

Z tym Profilem i jego kartą pobytu udaliśmy się w sobotę do najbliższego nam Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego i M. zapisał się na egzamin teoretyczny w języku angielskim. Pani w okienku życzliwie poinformowała, że gdyby nie powiodło się za pierwszym razem, to wszystkie dane są już w systemie, włącznie z prośbą o wersję angielską. Niech mu komputer lekkim będzie, M. nie wierzy za bardzo w swoje możliwości, bo ponoć żaden cudzoziemiec nie zdaje za pierwszym razem. Rzeczywiście, jak oglądałam płytę z pytaniami i aktualną wersją egzaminu, to jest trochę gorzej, niż było osiem lat temu. A weź to jeszcze spróbuj zrozumieć po angielsku. Ale najważniejsze, że nie musi zdawać praktyki.

Tymczasem zaczął się sierpień, mój ulubiony miesiąc w roku, tym razem chociażby dlatego, że przybliża mnie do upragnionego urlopu :). Na dzień dobry pada, ludzie się cieszą, że upały się skończyły, zaraz się zacznie, że za zimno, a ja płaczę za tymi trzydziestoma stopniami, że gdzie one się podziały?! Podobno w piątek przyjdzie ocieplenie i znów Polakom będzie za ciepło. Co do urlopu, jakiś pierwotny chyba instynkt jednak wziął górę nad odkrywczymi pomysłami i zrezygnowałam z tygodnia nad morzem. Zamiast tego – parę dni więcej w Tatrach. Gdy tylko sobie to uzmysłowiłam, że dlaczego nie, spłynęło na mnie oświecenie i ogromnie mi ulżyło. Prawie dwa tygodnie w górach, to już można coś porobić :).

Co by było, gdyby

Co by było, gdyby

Tak sobie myślę, jak wielkim dziełem przypadku jest nasze życie. Brzmi prozaicznie, ale popatrzcie. Dzisiaj mija rok i miesiąc od naszego ślubu. Kilka dni temu stuknęliśmy się kieliszkiem, bo minęły nam trzy lata znajomości, dwa lata mieszkania razem i jakieś dwa i trzy czwarte roku związku. To, że teraz jesteśmy razem, że jesteśmy razem w Polsce, jest wynikiem cudzej decyzji – decyzji konsula. To nie zależało od nas. My mogliśmy tylko przynieść wszystkie papiery, wypełnić wnioski, ale decyzja nie należała do nas. To konsul przyznał wizę, umożliwiając nam życie razem, kontynuację naszego związku. Nie można powiedzieć, że przyznanie wizy to naturalna kolej rzeczy dla każdego petenta, który zgłasza swoją aplikację o wyjazd. Mało który egipski turysta dostaje wizę.

Co by było, gdyby decyzja była odmowna i M. nie dostałby wizy? Czy nadal bylibyśmy razem albo czy bylibyśmy małżeństwem? Czy ja bym wyjechała do Egiptu do pracy, tam podejmowalibyśmy kolejne próby zdobycia wizy i przeprowadzki do Polski? Czy te wszystkie trudności by nas nie poróżniły? Wiem, że niektóre kobiety żyją całe lata na odległość. Trzy lata, pięć lat, spotkania co kilka miesięcy. Albo wyjeżdżają do niego, „na jakiś czas”. Regularne wizyty w Ambasadzie i kolejne odmowy. Niepewność przyszłości, czy mamy tutaj zostać, czy założyć rodzinę, czy się wycofać. Wieczna tymczasowość i stan, który nie jest docelowy. Lata lecą, w Polsce coraz mniejsze zaplecze. Czy tak się da żyć?

Naprawdę wielkim dziełem przypadku jest nasz związek i nasze małżeństwo. To nie tylko kwestia pozytywnej decyzji konsula o przyznaniu wizy. To też – a może przede wszystkim – efekt tego, że te trzy lata temu wsiadłam z mamą do samolotu i pojechałam na dwa tygodnie rajskich wakacji, które miały być po prostu wakacjami w gorącym kraju, z pyszną kuchnią, drinkami i snurkowaniem.

Gdyby ktoś do mnie wtedy podszedł, do tej kolejki do odprawy, co zacięła się drukarka i czekaliśmy, aż ktoś ją naprawi, albo gdy siedziałyśmy z mamą przy wysokim stoliku za odprawą w tłumie ludzi, pijąc białe wino, gdyby ktoś do mnie podszedł i powiedział, że dzisiaj poznasz swojego przyszłego męża, on jest Egipcjaninem i pracuje w barze w Waszym hotelu, on się zakocha w Tobie od razu, Ty będziesz potrzebowała jeszcze pół roku, przyjedziesz do niego jeszcze cztery razy. Pobierzecie się za dwa lata w Warszawie, Wasz ślub będzie cichy i kameralny, a sukienkę będziesz miała taką, jak sobie wymarzyłaś jeszcze w poprzednim związku. Aktualnym związku. Czy wsiadłabym do tego samolotu?

Pamiętam nie tylko tę zaciętą drukarkę i wino, pamiętam też kolor paznokci, który wybrałam u kosmetyczki, upał, gdy schodziłam do podziemi do kantoru, gdzie sprzedają jednodolarówki. Pamiętam, jak podpisywałyśmy umowę w biurze podróży w marcu i jak mój chłopak sam mnie przekonywał, że powinnam pojechać do Egiptu z mamą, bo jego samego to nie interesuje. Wybierałyśmy między dwoma hotelami. W tym drugim M. zresztą też kiedyś pracował, tak samo jak w obiekcie, w którym byłam już parę lat wcześniej. Pamiętam też pierwszą kolację w hotelu, spadającą gwiazdę, które to zjawisko zobaczyłam po raz pierwszy w życiu, pierwszy wieczorny spacer po plaży i leżak, na którym siedziałam każdego dnia, czując, jak z każdą chwilą Polska coraz bardziej się oddala.

Można tak w nieskończoność, wkraczając na kolejne poziomy łzawości ;). Gdyby nie M., pewnie nie byłabym w tej chwili niczyją żoną, najprawdopodobniej byłabym sama, bo ani ze mnie podrywacz, ani imprezowicz, raczej klasyczna nudziara bez większego poczucia humoru, stroniąca od zachowań ryzykownych, może wpadłabym w pracoholizm. Zawsze to jakieś rozwiązanie.

Jak wiecie, łatwo z Egipcjaninem w Polsce nie jest, ale i tak wsiadłabym do tego samolotu. A losowi dziękuję, że te dwa lata temu był nam przychylny, tam, w tej dyplomatycznej dzielnicy Zamalek ;).

Polskie lato

Polskie lato

Lato w Polsce. Temperatury od 13 do 32 stopni, zależnie od pory dnia. Od deszczu, przez nawałnice, upały, grad, aż po listopadową mżawkę i przeszywający lodowaty wiatr. To, co latem w Warszawie jest pewne, to brak pewności, w co się rano ubrać. I puste (względnie) ulice. Wracam z pracy średnio dwadzieścia minut krócej, niż poza sezonem wakacyjnym. Teraz to tu można żyć :).

Okazało się, że zamiast jednego wolnego tygodnia mogę mieć dwa, więc skrupulatnie już ten czas zaplanowaliśmy. Po raz pierwszy od piętnastego roku życia wybieram się nad polskie morze. Będzie więc tak samo nowe dla mnie, jak dla M. Tak samo z Mazurami, które zobaczyliśmy podczas dwóch weekendów. Jednym z moich planów na ten rok było pokazanie trochę więcej Polski M. i jakimś cudem mi się to udaje. Kraków, Mazury, zaraz Toruń i Bałtyk. To sporo jak na jeden rok dla osób, które nie ruszały się poza Warszawę lub Zakopane. No i zobaczymy, co mu się spodoba najbardziej. Do dziś zwraca uwagę, gdy jest zielono i pusto lub cicho. Czyli dokładna odwrotność Egiptu.

Lato jest takie krótkie, korzystajmy! 🙂

Kim jest kobieta Egipcjanina

Kim jest kobieta Egipcjanina

Czasem trafia się w Internecie albo prasie na mało uprzejme komentarze, że Polka, która wiąże się z egipskim mężczyzną, to niewykształcona małolata, w najlepszym wypadku świeżo po maturze, pochodząca z małej miejscowości lub wsi, ledwo mówiąca po angielsku (to i niewiele zrozumie), lecąca w trzy minuty na czarne oczy i banalne czułe słówka. Że taką to można łatwo przekabacić na islam, zabrać komórkę, zakazać nauki, zamknąć w domu i zawinąć w hidżab. O co chodzi z tym zamykaniem w domu i hidżabem, swoją drogą, jak w domu one tego nie noszą. No to zamyka w domu czy wyrzuca na ulicę? Ot konsekwencja.

Tak mi się złożyło, szczęśliwie dla mnie, że dzięki niniejszemu blogowi poznałam bardzo dużo kobiet w związkach z Egipcjanami i innymi cudzoziemcami, nie tylko pochodzenia arabskiego. To, że do mnie czasem piszecie, jest największym sukcesem mojego blogowania. Wszyscy jesteśmy dość anonimowi i wszystko, o czym rozmawiamy, pozostaje za zamkniętymi drzwiami. Mówicie o sobie tyle, ile chcecie. Dzięki mailom i różnym wiadomościom, które dostaję, ale też dzięki źródłom internetowym z kategorii tych zacniejszych mogę powiedzieć coś o sylwetce współczesnej partnerki Egipcjanina, partnerki-Polki.

Kobiety Egipcjan i innych obcokrajowców, te, które poznałam, wcale nie są niedouczonymi siksami, które zakochały się pierwszego dnia pobytu w innym kraju i były do tego nieustająco pijane. Skąd się w ogóle bierze to założenie? No muszą ci dziennikarze skądś wytrzaskiwać takie rewelacje, ale urozmaiciliby już trochę te swoje historyjki, bo to się nudne robi.

Kobiety, które do mnie piszą, mogłabym podzielić na dwie główne grupy, trochę ze względu na wiek, a trochę sytuację życiową, bo te dwie rzeczy niemal we wszystkich historiach idą ze sobą w parze. Pierwsza grupa to kobiety w młodym wieku, w większości po studiach albo kończące studia, którym to kobietom się tak niefortunnie zdarzyło związać z Arabem 🙂 a to jest taki moment życia, gdy chcemy gdzieś zapuścić korzenie, założyć rodzinę. Stąd te wszystkie zaręczyny i śluby, a Egipcjanin to bardzo wdzięczny i chętny materiał na narzeczonego. Różnie bywa z pracą, te bardziej dorosłe przeważnie już mają i pracę i mieszkanie, młodsze jeszcze mieszkają z rodzicami i dopiero organizują tę swoją dorosłość.

Druga grupa czytelniczek to kobiety z większym doświadczeniem i bagażem życiowym. Często okazuje się, że ten Egipcjanin to już nasz drugi mąż, sam po rozwodzie, z dziećmi na karku. Częściej mieszka już gdzieś na terenie Europy. O ile w przypadku młodszych związków Egipcjanin przebywający w Europie to często student (wieczny), to tutaj w grę wchodzi już poprzednie międzynarodowe małżeństwo (choć nie zawsze). Egipski partner okazuje się ostoją po tych wszystkich perturbacjach z nieudanymi związkami lub małżeństwami z Polakiem.

Zdarza się, że egipski chłopak jest tylko przelotnym romansem. Bo obie strony są dorosłe i mają taką chęć. Nie powiedziałabym wcale, że ktoś tu kogoś wykorzystuje lub oszukuje; Polki wiedzą, czego chcą, doskonale wiedzą, do czego służy orfi (również, a może przede wszystkim, te przebywające w stałych związkach). Więc też to całe wypisywanie, że głupia Polka ze wsi nie wie, że orfi to żadne małżeństwo i że służy do wykorzystywania jej głupoty, to o kant de potłuc.

Najczęściej Egipcjanin jest od nas starszy. Chociaż poznałam też parę osób, gdzie sytuacja jest odwrotna, ale były to udane związki 🙂 W ogóle, co będzie chyba najważniejszą informacją w tej notce, zdecydowana większość mieszanych związków jest udana – przynajmniej w momencie, w którym z daną osobą się kontaktowałam. Problemy pojawiają się, gdy on chce już ślub, nie chce przyjechać do Polski lub ma mało pieniędzy i pary nie stać na wspólne życie. Największy problem jest z odrzucanymi wnioskami o wizę i brakiem pracy w Egipcie i/lub Polsce. Do tego dochodzą kłopoty charakterologiczne, bo Egipcjanie – nie wiem, no chyba wszyscy po prostu – są w gorącej wodzie kąpani razem z tą swoją gorącą południową krwią, mają mocne charaktery i osobowości. Jak trafi kosa na kamień, i to polski lodowaty kamień, to wojna murowana. Chociaż np. M. ma w Warszawie dwóch egipskich przyjaciół, jeden trochę bliższy niż drugi. I oni są skrajnie różni, jak ogień i woda, chociaż woda nie oznacza tutaj w żadnym wypadku ciepłych kluch. I M. gdzieś pośrodku :).

Chyba więcej szczegółów Wam nie podam, bo każda historia jest nieco inna, więc w tym miejscu kończą się ogólne podsumowania :). To taka notka ku pokrzepieniu serc, bo wiem, jak ważne jest poczucie, że nie jesteśmy same ani jedyne w danej sytuacji. Czasem ma się wrażenie, że jest się jedyną osobą na świecie związaną z cudzoziemcem, skoro tak ciężko jest znaleźć poradę lub wsparcie. Cóż, nie jest nas wiele, ale… mimo wszystko jesteśmy i mamy się bardzo dobrze :).

Pierwsza rocznica ślubu

Pierwsza rocznica ślubu

Taka mała prywata – dzisiaj mamy roczek 😉 Nadszedł i taki dzień.
Pierwszą rocznicę świętowaliśmy na Mazurach, które są nowe też dla mnie, kontynuujemy w ten weekend.
Małżeństwo polecam wszystkim! Naprawdę :).



I look and stare so deep in your eyes
I touch on you more and more every time
Such a funny thing for me to try to explain
How I’m feeling and my pride is the one to blame
And I still don’t understand
Just how your love could do what no one else can

Got me looking so crazy right now
Your love’s got me looking so crazy right now
Got me looking, got me looking so crazy in love


Wymiana egipskiego prawa jazdy na polskie cz. 1

Wymiana egipskiego prawa jazdy na polskie cz. 1

Korzystając z dnia wolnego, który wzięłam sobie dzień po niedzielnym weselu przyjaciółki, poszliśmy wczoraj do naszego urzędu dzielnicy, aby złożyć wniosek o wydanie polskiego prawa jazdy. Byłam wewnętrznie przygotowania na miliard problemów z papierami, a nie było żadnego! Złożyliśmy wniosek, M. dostał karteczkę z potwierdzeniem i teraz czekamy na kontakt od urzędu, który musi sprawdzić prawdziwość jego egipskiego prawa jazdy. Jak już sprawdzi, przyjdziemy odebrać jakiś dokument Kandydata na Kierowcę 🙂 i z tym udamy się do ośrodka egzaminacyjnego zapisać się na egzamin z teorii po angielsku.

Dokumenty, które trzeba złożyć, aby wymienić egipskie prawo jazdy na polskie:

– oryginał egipskiego, ważnego prawa jazdy; pani robi kopię, oryginał oddaje

– tłumaczenie przysięgłe egipskiego prawa jazdy na język polski

– wypełniony wniosek o wydanie prawa jazdy, identyczny jak dla Polaków (do ściągnięcia ze strony urzędu)

– podpisane oświadczenie o prawdziwości danych (do ściągnięcia ze strony urzędu)

– 1 zdjęcie jak do karty pobytu (i chyba większości polskich dokumentów)

– potwierdzenie zameldowania minimum pół roku, wystarczy kopia, mieliśmy też oryginał

– aktualna karta pobytu, pani robi kopię, oryginał oddaje; paszportu nie trzeba

– pani dała nam też oświadczenie do wypełnienia, czemu M. nie miał nieprzerwanego półrocznego meldunku. Nie miał, bo od października czekał na nową kartę pobytu, dostał ją dopiero w styczniu i wtedy go zameldowaliśmy. Napisałam oświadczenie, M. podpisał. Pani zrobiła też xero starej karty pobytu

– opłata za wydanie prawa jazdy 100,50 zł, do zrobienia w kasie urzędu w trakcie składania wniosku. Pani wzięła od nas potwierdzenie opłaty.

Teraz urząd sprawdzi, czy egipskie prawo jazdy jest prawdziwe. Podobno kontaktują się w tych sprawach z Ambasadą. Dzięki temu M. ma trochę więcej czasu na nauczenie się przepisów, których nie uczy się wcale a wcale. Nie wiem, jak on chce zdać egzamin. Pewnie za pierwszym razem nie zda, jak większość Egipcjan, którzy próbują.

Mieliśmy małą obawę związaną – oczywiście – z nazwiskiem. Nasza pani tłumacz podzieliła jego cztery imiona na dwa imiona i dwa nazwiska, bo podobno na to zgadzają się urzędy. A meldunek dostał przecież na cztery imiona i brak nazwiska. Na szczęście pani w urzędzie nie robiła problemów, była nam bardzo przychylna 🙂 Powiedziała, że dane muszą być takie same, jak w karcie pobytu. Przy niej wypełniłam linijki we wniosku dotyczące imienia i nazwiska, zgodnie z jej zaleceniem. Dobrze, że M. ma PESEL i po tym każdy urząd może go znaleźć. Myślę, że wyciągnie go to z wielu administracyjnych tarapatów w przyszłości :).

Gdy on chce, a ona nie

Gdy on chce, a ona nie

Tytuł, nawet przy najlepszym życiu seksualnym ever, brzmi trochę jak dzień jak co dzień ;). Co nadzwyczajnego jest w tym, że facet chce, a kobieta nie ma ochoty? Znowu? Wielkie rzeczy. Chociaż dziewczyny żyjące w związkach na odległość pewnie sobie tego nie wyobrażają. Rany boskie, jak można nie chcieć! Jednak nie o pożyciu seksualnym będzie ta notka, choć nie ulega wątpliwości, że tym wstępem zdobyłam już Waszą uwagę :).

Chciałabym nawiązać do kolejnej sfery życia osobistego i rodzinnego, która różni nasze dwie kultury. Chodzi o… rodzinę właśnie, a konkretnie jej zakładanie. Wydaje się, że Egipcjanom się do wszystkiego bardzo spieszy. Zaręczyny już, ledwo się poznaliśmy, ślub raz-dwa jak tylko odłożymy pieniądze, dziecko poczęte w noc poślubną o ile laska nie zgrywa cnotki-niewydymki, a już na pewno w podróży poślubnej. Jak rok po ślubie nie będziecie przynajmniej w ciąży, chyba coś jest nie tak z jego potencją, albo Twoimi jajnikami.

U nas w Polsce jest inaczej, co jest truizmem, ale czasem trzeba to kijem wbijać do tych pięknych kędzierzawych głów. Polskim mężczyznom nie spieszno wcale do pierścionków, ślubów i pieluch. Skoro mogą mieć to wszystko za darmo, to po co zmieniać stan rzeczy? A polskie kobiety jednak czasem by chciały. Co więcej, chciałyby mieć wszystko po kolei, najpierw pierścionek, potem wesele…

M. twierdzi, że celem życia Egipcjanek jest zamążpójście i urodzenie dzieci. Czyli założenie rodziny, która wypełnia im cały świat; najczęściej nie mają nic poza nią. Robią to szybciutko, ledwo skończą studia albo i nie. Po zaręczynach mają trochę czasu, by się wzajemnie poznać (tak, moi drodzy), robią wesele jak sto pięćdziesiąt, potem następuje noc poślubna czyli festiwal zażenowania, braku umiejętności, stresu i rozczarowania, i w końcu rodzimy, czyli nasz ślubny jest usidlony.

Nigdy nie piszę na blogu o najbardziej prywatnych sprawach, ale wiem na przykład, że M. bardzo chciałby mieć dzieci, w ogóle to mógłby je mieć już jakieś dziesięć lat temu, ale musi poczekać na to, aż ja też będę chciała. Aż to będzie ten moment w naszym życiu. On wszystko wie, że w Europie żyje się inaczej, że dziecko to decyzja, trzeba mieć jakieś zabezpieczenie, pracę, oszczędności, i musiał przestawić się na takie pojmowanie rzeczywistości. Kto by się takimi przyziemnymi sprawami przejmował w Egipcie, gdzie dziecko jest błogosławieństwem i darem od Boga. No przecież u nas też jest…

Polki, które zakochują się w Egipcjaninie, i nie mówię tu o turystkach, które chcą się zabawić i nikomu tym nie szkodzą, szybko zderzają się z jego potrzebą założenia rodziny. Zaczynają się wyznania miłości, oświadczyny i tak dalej. Dla nas, przyzwyczajonych do pełnej rezerwy postawy polskiego mężczyzny, jest to powód do podejrzeń, że coś tu jest nie tak, że on chce mnie wykorzystać. Tymczasem nie wszystkie wyznania „aj low ju” są podszyte kłamstwem i chciwością. Oni naprawdę są gotowi szybciej, niż my i nie oznacza to, że ich postawa jest gorszej jakości. Tylko czasem trochę dłużej zajmuje im zmiana strategii zdobycia kobiety z czułych i tandetnych słówek na budowanie prawdziwej relacji.

Facet pada na kolana, a kobieta jeszcze nie chce… Ani tych pierścionków, ani ślubów… Musi biedak poczekać, aż ich związek dojrzeje do takiego punktu, w którym planuje się wspólną przyszłość. W Polsce zaręczyny i ślub są uwieńczeniem pięknej relacji i miłości, to trochę trwa, przynajmniej tak by się wydawało, o ile chłop się przełamie, pójdzie do tego Apartu i kupi ten kawałek złota. W Egipcie zaręczyny są punktem wyjścia, od tego wszystko się zaczyna. No i masz potem życie jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, co z niego wyciągniesz.

Takie to rozważania o ślubach i dzieciach. W niedzielę przyjaciółka wychodzi za mąż, ja zasilam szereg drużbów, wszyscy znajomi dookoła myślą o zakładaniu lub powiększaniu rodziny, to jest ten czas w naszym życiu. I wiecie co… nasi egipscy rówieśnicy są jakieś dziesięć lat przed nami i uśmiechają się pod nosem.

Muzułmanka i chrześcijanin

Muzułmanka i chrześcijanin

Jest pewna kwestia religijna, która ostatnio daje mi dużo do myślenia, chociaż mnie absolutnie nie dotyczy. Co jakiś czas pojawia się w Internecie to samo pytanie, a mianowicie – czy muzułmanka może poślubić innowiercę?

Poniżej takiego pytania zazwyczaj pojawia się walka na noże i wyśmiewanie od głupich krów i niedoinformowanych. A najlepsze są te internautki (bo faceci się nie wypowiadają, pewnie ich to niespecjalnie obchodzi), które upierają się przy swoich niekoniecznie słusznych racjach.

Chciałabym poruszyć to zagadnienie na moim blogu, z nadzieją, że znajdzie się ktoś naprawdę kompetentny w temacie i rozwieje kobiece wątpliwości. Jak ktoś zadaje na forum takie pytanie, to raczej nie jest partnerem typowego Araba z Sharmu, bo typowy Arab z Sharmu to muzułmanin, a typowa Polka w Sharmie to chrześcijańska turystka (chyba, że zdążyła przejść na islam). Jest to być może jakieś krzywdzące uogólnienie, ale kto się z tym nie zgodzi, poza tym przypominam słówko „typowy”.

Z punktu widzenia polskiego prawa, Urząd Stanu Cywilnego nikogo nie pyta o wyznanie. Jeśli decydujemy się na ślub cywilny, w składanych przez nas dokumentach nie ma ani słowa o religii. To oznacza, że żenić się może każdy z każdym. Pobieracie się i jesteście legalnym małżeństwem, niezależnie od Waszej wiary.

Ograniczenia stawiane ewentualnym narzeczonym są bardzo klarownie opisane w Kodeksie rodzinnym i opiekuńczym (Ustawa z 1964 roku), a są one w skrócie takie (jakby ktoś po ponad 50 latach funkcjonowania tego prawa nadal miał wątpliwości):

– trzeba mieć 18 lat, lub 16 i zgodę opiekunów + kilka detali związanych ze sprawą wieku

– nie można być całkowicie ubezwłasnowolnionym

– trzeba być zdrowym psychicznie, chyba że choroba nie zagraża małżeństwu i potomstwu + wyjątki

– nie można być aktualnie zamężnym/żonatym 🙂

– nie można zawrzeć małżeństwa z krewnymi, rodzeństwem i powinowatymi w linii prostej (ci ostatni to np. teściowa i obowiązuje to nawet po rozwodzie, chyba, że Sąd wyrazi zgodę)

nie pobiorą się przysposabiający i przysposobieni

Jak widać, polskie prawo nie stawia ograniczeń religijnych. Kościół Katolicki pewnie stawia swoje, ale to już inne przepisy :).

Prawna możliwość to jedno, a życie religijne i czystość sumienia to drugie. Zgodnie z islamem muzułmanka nie może wyjść za innowiercę, bo dziecko dziedziczy religię po ojcu. Nie traćmy owieczek, zyskujmy je za to. Islam nie jest tu jedyny, na ślubie katolickim składa się oświadczenie, że dzieci będą katolikami oraz będą wychowywane w wierze katolickiej. Ciekawam, ile par wywiązuje się z drugiego obowiązku, pod którym się podpisali.

Wychodząc za chrześcijanina w Polsce, muzułmanka łamie zasadę swojego wyznania, ponosząc religijne konsekwencje, a może nawet społeczne? Nie jestem na tyle znawcą tematu, aby powiedzieć, jakie to dokładnie konsekwencje. Prościej jest mi porównać to do własnego podwórka. Jeśli dwóch katolików pobiera się cywilnie, nie kościelnie, to pakują się w życie w grzechu aż po grób, chyba że jednak po drodze pobiorą się kościelnie. O tych, co żyją bez ślubu, to szkoda gadać drogi panie.

Schody zaczynają się, jeśli taka mieszana para chce się pobrać w Polsce, a potem zamieszkać w kraju muzułmańskim. Przypuszczam, że kobieta-muzułmanka ma wtedy spory problem, jak spory to wolę nawet nie szacować. Jeszcze inaczej jest, gdy muzułmanką jest np. Egipcjanka, a narzeczony to Polak-katolik i pobierają się w Polsce. Czy ona może taki ślub potem zalegalizować w swoim kraju? Ponadto sądzę, że taki mieszany ślub tam na miejscu jest w ogóle niemożliwy, a miejscowym kobietom rzadko przychodzi do głowy. Zakazana miłość… Piękny temat na książkę-rzekę.

Podsumowując, nie ma co za bardzo się rozwodzić nad tym, czy taki ślub dla Polaków jest możliwy czy nie, bo w Polsce jest możliwy i koniec. Tak samo jak możliwe jest ochrzczenie muzułmanina i dziecka muzułmanina, jeśli tylko znajdzie się ksiądz, który wyrazi na to zgodę, a sam zainteresowany będzie, no, zainteresowany. Są ludzie, którzy to robią. Nie ma też co oceniać innych osób, każdy podejmuje swoje decyzje samodzielnie i powinien to robić w zgodzie z własnym sumieniem. Katolik, który odszedł od swojego Kościoła, też będzie się smażył w ogniu piekielnym.

Druga żona, czwarta żona

Druga żona, czwarta żona

Cztery żony i ubrania na czarno od stóp do głów. Taką przyszłość wróżyło się w Polsce kobietom wiążącym się z muzułmaninem, nieważne, Polkom czy nie-Polkom. Dzisiaj, obecnie, wydaje mi się, że jednak jakaś światłość zeszła na Polaków i zaczęli trochę więcej myśleć, zanim wydadzą taką opinię. Islam jest popularnym, medialnym wręcz tematem, więc i rośnie wiedza na jego temat.

Ale jest niezbywalnym faktem, że muzułmanin zgodnie ze swoją religią – powtarzam, religią – może ożenić się z czterema kobietami. Niby są obostrzenia, że pierwsza żona musi zgodzić się na kolejną, wszystkie muszą mieć tyle samo kasy i świecidełek i tak dalej, ale teoria sobie, a praktyka sobie, wszystko zależy od człowieka. Chociaż, o ile mi i M. wiadomo, jak już któryś bierze sobie drugą żonę, to znaczy, że z kasą problemu raczej nie ma. Religia na to pozwala, prawo krajowe niekoniecznie. Mamy w Polsce Polaków-muzułmanów i mogą sobie co najwyżej pomarzyć o wielożeństwie albo wyjechać, droga wolna. M. nie zna osobiście nikogo, kto ma więcej niż jedną żonę. U niego się to potępia. Mniejsza o to, chciałabym powiedzieć teraz o czymś innym.

Trafiam czasem na blogi albo wypowiedzi w internecie kobiet, Polek, które prowadzą dyskusje na temat wielożeństwa. Nie wiem, jakiego bywają wyznania, ale powiem szczerze, czarno na białym. We mnie jest zdecydowany sprzeciw wobec posiadania kilku żon. Nie chodzi o to, że będę walczyć z milionami ludzi i ich przekonaniami. Chodzi mi o to, że my Polki, Europejki, w większości byłyśmy wychowane inaczej. Rodzina, małżeństwo czy związek partnerski to miłość dwóch osób. Co dom, to inny dramat, rozwody, zdrady i tak dalej. Ale zdrada ogólnie jest obiektem potępienia. Prowadzenie równoległego życia też. Nikt tego nie popiera, mało kto sam by się na to zdecydował na progu dorosłości. Wszystko jest ok, jeśli wszyscy uczestnicy układu akceptują taki stan rzeczy. A jak tam, akceptujecie zdradę partnera? Spoko jest?

Dlatego jak czytam, że Polka pisząca pięknie po polsku, w naszym ojczystym języku, wypowiada się, że podoba jej się idea wielożeństwa, bo to daje więcej uprawnień kobiecie, dba o kobietę, że kochanka jest nikim a druga żona jest kimś, to mnie no… kurwica bierze. Chyba mam jakieś ograniczone horyzonty. Może jestem za mało nowoczesna.

Czy można godzić się na coś, co uderza w fundamenty naszej wiedzy o społeczeństwie, o życiu rodzinnym? Nie mówię, że nasze zasady społeczne i kulturowe są jedyne słuszne. Każda nacja ma swoje, ale u nas wielożeństwa NIE MA – nie ma, że facet może mieć kilka żon i sobie otwarcie przed każdą z nich oświadczać, że kocha je wszystkie tak samo. Bo tam bardzo o tę otwartość chodzi, właśnie w kontekście religijnym. Tam nie ma miejsca na sekrety, małżeństwo nie jest tajemnicą.

Jako ograniczona światopoglądowo Europejka wolę, by facet przynajmniej miał problem na głowie, jak tu ukryć romans. Bo jak by przyszedł do mnie i powiedział spokojnie, że coś czuje do tej drugiej i chce być z nami obiema naraz, to tylko w pysk dać. Been there, done that, wcale nie z M.

Tym bardziej mnie dziwi, gdy takie opinie wydają żony muzułmanów, żony nie-muzułmanki. Czy aż tak wtopiły się w tę arabską kulturę, że nie widziałyby problemu w równoległym małżeństwie własnego męża? Bo w taką możliwość wierzą miliony ludzi na całym świecie? Zanim się coś powie, zwłaszcza, jak się jest taką właśnie „pierwszą” żoną, należałoby przemyśleć, co się stanie, jak Twój któregoś dnia Ci powie, że ma pomysł na kolejny ślub, nie z Tobą. Spróbuj sobie wyobrazić, jak to jest, gdy Twój ukochany oświadcza oficjalnie, że ma ochotę na kogoś innego. Że przecież ma prawo! Czemu tak posmutniałaś? Przecież Cię nie zostawię, będę kochać Was obie.

Nie potępiam innych kultur, niech sobie żyją jak im się podoba, po prostu dla mnie samej jest to niewyobrażalne. I szczerze nie rozumiem, jak kobieta wychowana w Polsce mogłaby mieć luz w sytuacji chęci jej mężczyzny na równoległe życie. Dla mnie to zdrada, nie znajduję innego słowa.

Małżeństwo z muzułmaninem, odc. 56342

Małżeństwo z muzułmaninem, odc. 56342

Pytacie czasem, jak to jest żyć na co dzień w związku z muzułmaninem. Chcecie wiedzieć, czy to, co mówią, to prawda. Czy jest się czego obawiać i jak wychwycić sygnały ostrzegawcze. Albo czy jego religia tak strasznie determinuje jego życie.

To jest oczywiście temat rzeka, dzisiaj zresztą bardzo modny. Dobrze się składa, że my akurat możemy się w tym temacie wypowiadać, bo mamy o czym :). Jeśli nam się chce, w sensie. Na blogu mi się chce, bo zaglądają tu osoby szukające konkretnych i prawdziwych informacji. A nie tylko wody na młyn :).

Każdą rozmowę lub rozważania na temat międzyreligijnego, konkretnie katolicko-muzułmańskiego związku należałoby zacząć od ustalenia paru faktów. Na dzisiaj wybieram te dwa:

1. W przypadku obu religii Bóg jest ten sam, tylko inaczej to słowo brzmi w języku polskim i arabskim. Według islamu nie ma boga nad Allaha. Brzmi znajomo?

2. Nie każdy muzułmanin i nie każdy katolik żyje w zgodzie ze swoją religią lub według jej zasad.

Szczególnie interesujący i zabawny jest ten ostatni fakt. Zabawny dlatego, że tak wygodnie się o nim zapomina. A więc przejdźmy do meritum :).

Jak ktoś nie ma większego pojęcia o islamie, bo np. nie miał okazji się nigdzie dowiedzieć, albo w ogóle go to nie interesowało, to myśli, że każdy muzułmanin jest mega wierzący i jest praktykującym betonem. A to nieprawda, tak samo jak nie każdy katolik jest mega wierzący i betonowy.

Nie każdy muzułmanin modli się lub chodzi modlić się do meczetu pięć razy dziennie, tak jak nie każdy katolik chodzi co niedzielę do kościoła. To raz. Nie każdy muzułmanin rezygnuje z picia lub popijania alkoholu oraz nie każdy muzułmanin zachowuje przedmałżeńską czystość. To samo dotyczy katolików, to dwa. Nie każdy muzułmanin regularnie lub chociażby raz w roku pomaga biednym, tak jak nie każdy katolik przestrzega przykazania „nie kradnij”. Nie każdy muzułmanin przestrzega postu w czasie Ramadanu, tak samo jak nie każdy katolik pości w piątki. Wymieniać dalej?

Ja na co dzień, można powiedzieć, prawie nie pamiętam, że M. nie jest katolikiem, tylko muzułmaninem. Nie jest jakoś szczególnie religijny, chociaż czasem się modli. Nie widuję tego za bardzo na co dzień. Rok temu na urodziny dałam mu nawet dywanik taki tylko dla niego :).

Rzeczywiście nie je wieprzowiny. Mówiłam mu, że w Polsce jest dobra, że można znaleźć dobrą jakościowo itd. Jest zdecydowanie na nie :). Alkohol pije od wielkiego dzwonu. Raczej piwo lub szampana. Wino wtedy, gdy gorzej się czuje i chce się „odczulić”. Nie upija się po jednym kieliszku, uprzedzając pytania :). W moim domu nie ma mocniejszych alkoholi, więc i nie ma tematu.

W czasie Ramadanu w Polsce nie pości. Były już dwa, za każdym razem nie pościł. Nasz ślub rok temu był w czasie Ramadanu. Jego przyjaciel, który był na kolacji weselnej, czekał do 21 żeby móc coś zjeść. M. nie przestrzegał postu. Zobaczymy, jak będzie w tym roku :).

Popiera pomysł porządkowania domu raz na jakiś czas, by oddać niepotrzebne rzeczy potrzebującym. Ale sam tego specjalnie nie inicjuje. To tak a propo jednego z pięciu filarów ich wiary. Jałmużna i pomoc biednym jest obowiązkiem muzułmanów. Jednym z miliarda, których nie przestrzegają.

Co do sławnego zamykania kobiet w piwnicach itp. Stosunek mężczyzny do kobiety jest chyba w dużej mierze uwarunkowany kulturowo, nie wiem czy aż tak religijnie. Jak na razie uważam, co potwierdzają znajome w polsko-arabskim związkach, że arabski partner bardzo dba o swoją kobietę. Nosi na rękach, dmucha na zimne, zamiata pyłki spod nóg, można powiedzieć. Chociaż z tym noszeniem na rękach to bardziej przed ślubem niż po ;). Tak serio, to myślę, że oni są tak po prostu wychowani. Chociaż mój M. nie jest jakimś wielkim rycerzem, to jednak jest opiekuńczy i odpowiedzialny w małżeństwie. Mimo to nadal czuję, że jesteśmy partnerami. Czasem trochę „walczymy”, ale to już kwestia charakterów. Tutaj akurat nie dobrały się dwa łatwe :).

Partnerstwo w mieszanym związku jest inne, niż w polsko-polskim. Mogę sobie pozwolić czasem na odpuszczenie czegoś i zwalenie tego na M., bo w końcu jestem kobietą. Na przykład, żeby on coś za mnie zrobił w domu, na mieście itd. M. przejmuje wtedy stery. W poprzednim związku owszem, byłam partnerką. Najbardziej to czułam wtedy, gdy musiałam godzić się na luzacko-kumpelskie podejście do przyszłości, teraźniejszości i w ogóle mojej osoby. Że przecież wszystko jest dobrze i nie trzeba się o cokolwiek starać ani nic planować :). No żeszzzzz.

Temat rzeka się nie kończy, jeszcze tu wrócimy.