Jakiś czas temu rozpoczęliśmy procedurę wymiany egipskiego prawa jazdy na polskie. Sprawa posunęła się do przodu, aktualnie czekamy już na egzamin teoretyczny. W międzyczasie zadziało się parę rzeczy, a mianowicie:
Jakiś tydzień po złożeniu przez nas papierów w urzędzie dzielnicy odebrałam telefon od pani, która przyjmowała dokumenty, że konieczne będzie potwierdzenie prawdziwości egipskiego prawka przez Ambasadę Egiptu. Tak mi się zdawało od początku, że to jeden z kroków, ale nic w tym kierunku nam wcześniej nie sugerowano. No i w związku z tym mamy dwie opcje: pojechać osobiście do Ambasady i załatwić sprawę, lub dostarczyć prawo jazdy do urzędu i oni sami je wyślą. M.owi nie uśmiechało się jechanie przez pół miasta, czekanie w kolejce i płacenie kolejnej stówki za dokumenty od Ambasady (jakoś tak za każdym razem musieliśmy płacić sto złotych, za wydanie jakiegokolwiek dokumentu), więc postanowił zanieść prawo jazdy do urzędu i niech oni sami wysyłają.
Dotarł na miejsce, a tam za biurkiem była inna pani. Ani słowa po angielsku, pani bierze do ręki egipskie prawo jazdy i nie wie, co z nim zrobić. No to M. dzwoni do mnie, abym przez telefon wytłumaczyła o co chodzi. Pani nie chciała się zgodzić z moją wersją wydarzeń, (z lekkim oburzeniem) Państwo sami to załatwiają we własnym zakresie, ale jak poszła zapytać koleżanki, to okazało się, że jednak niekoniecznie sami we własnym zakresie. M. zostawił zatem prawo jazdy na pastwę urzędu i poczty polskiej (chyba).
Kolejne dwa lub trzy tygodnie później przyszło do nas pismo, że ze względu na złożoność sprawy i brak odpowiedzi od instytucji właściwych do wydawania decyzji, urząd nie wyrobi się z realizacją naszej sprawy i przeciągnie się ona do 30 września. Spoko, nie pali się.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie „nasza” pani z informacją, że jest już odpowiedź z Ambasady, potwierdzili prawdziwość egipskiego prawa jazdy i możemy odebrać Profil kandydata na kierowcę.
W takim razie tydzień temu, w poniedziałek (bo w poniedziałki pracują do 18) poszliśmy do urzędu, M. coś tam podpisał i odebrał Profil. Egipski dokument został w urzędzie, bo po zdaniu egzaminu zostanie odesłany do Egiptu. Ciekawe, czy będą wiedzieli, gdzie to wysłać :))). Inaczej mówiąc, M. będzie miał tylko polskie prawo jazdy. Nic więcej w urzędzie nie musimy robić, dopiero po zdaniu egzaminu pani zadzwoni do mnie z informacją, że jest już polskie prawo jazdy do odbioru.
Z tym Profilem i jego kartą pobytu udaliśmy się w sobotę do najbliższego nam Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego i M. zapisał się na egzamin teoretyczny w języku angielskim. Pani w okienku życzliwie poinformowała, że gdyby nie powiodło się za pierwszym razem, to wszystkie dane są już w systemie, włącznie z prośbą o wersję angielską. Niech mu komputer lekkim będzie, M. nie wierzy za bardzo w swoje możliwości, bo ponoć żaden cudzoziemiec nie zdaje za pierwszym razem. Rzeczywiście, jak oglądałam płytę z pytaniami i aktualną wersją egzaminu, to jest trochę gorzej, niż było osiem lat temu. A weź to jeszcze spróbuj zrozumieć po angielsku. Ale najważniejsze, że nie musi zdawać praktyki.
Tymczasem zaczął się sierpień, mój ulubiony miesiąc w roku, tym razem chociażby dlatego, że przybliża mnie do upragnionego urlopu :). Na dzień dobry pada, ludzie się cieszą, że upały się skończyły, zaraz się zacznie, że za zimno, a ja płaczę za tymi trzydziestoma stopniami, że gdzie one się podziały?! Podobno w piątek przyjdzie ocieplenie i znów Polakom będzie za ciepło. Co do urlopu, jakiś pierwotny chyba instynkt jednak wziął górę nad odkrywczymi pomysłami i zrezygnowałam z tygodnia nad morzem. Zamiast tego – parę dni więcej w Tatrach. Gdy tylko sobie to uzmysłowiłam, że dlaczego nie, spłynęło na mnie oświecenie i ogromnie mi ulżyło. Prawie dwa tygodnie w górach, to już można coś porobić :).