Rzecz o polskiej kuchni

Rzecz o polskiej kuchni

O tym chyba jeszcze nie było. Od prawie dwóch lat mój M. mieszka w Polsce, ale kontaktu z polską kuchnią zbyt wiele nie ma. Nie lubię polskiej kuchni, w moim domu nikt tego nie robi i nie je (kiedyś robiła babcia, ale nawet jej już się odechciało). Taka prawdziwa, tradycyjna polska kuchnia jest szczególnie kłopotliwa dla muzułmanina – gdzie nie spojrzysz mięcho. Bo akurat serwowanie zepsutego jedzenia mamy z Egiptem wspólne :).

Powiem nieskromnie, że my z M. prowadzimy ogólnie bardzo dobrą i zdrową kuchnię. Przy nim nauczyłam się gotować, nadal się uczę, dzięki niemu pokochałam ryby i oswoiłam się z mocnymi przyprawami. Kiedyś wszystko było bez smaku, teraz wszystko MA smak! Bardzo dużo gotujemy w domu, mamy swoje małe kuchenne tradycje, które uwielbiam. Raczej nie chodzimy do knajp. Jeśli już, to do fast-foodów. Może czasem tęskni się za glutaminianem sodu :). No i szczerze, jak już, to raczej nie zamawiam ryb w restauracjach. Już dawno przehandlowałam knajpowe jedzenie za cappuccino z bezą w mojej ulubionej kawiarence w naszej dzielnicy :).

Tak sobie myślę o polskim jedzeniu i dochodzę do wniosku, że współczesna Polska trochę się wstydzi swojej ciężkiej kuchni. Pewnie znajdziemy gdzieś doskonałe restauracje z tradycyjną polską kuchnią, ale większość nowych knajpek dla zwykłych ludzi oferuje zupełnie inne dania. Mix wszystkiego, co się dało pożyczyć z południa i zachodu. Ani krzty w tym polskości. Dla mnie nie ma w tym nic złego, bo nie lubię płynących tłuszczem mięsiw.

Ale popatrzmy na basen Morza Śródziemnego albo chociażby kraje arabskie. Oni nie zmieniają swojej kuchni aż tak. Mają od lat te same, tradycyjne dania i wszyscy je normalnie jedzą. Świeże warzywa, fasolki, pasty, owoce morza. Z prostych składników robią pyszne rzeczy. W Polsce modnie jest podawać makarony i sałatki (przepraszam – pasty i sałaty ;)) w jakichś dziwnych połączeniach z warzywami, których nie da się kupić w sklepie, albo hamburgery (sorry – BURGERY za 17 złotych) w papierku. Kto by się odważył w takim bistro zaproponować schabowego.

Być może też nie mam porównania, jak to wygląda na co dzień w Polsce. Przecież nie siedzę z nosem w cudzych talerzach :). Czy Polacy generalnie nadal preferują kotlety z kapustą zasmażaną i zupę ogórkową, zamiast kurczaka z grilla z ryżem i warzywami z wody? Na własnym podwórku przede wszystkim cieszę się, że sama wolę lekką i kolorową kuchnię, zamiast polskiej. Dobrze się złożyło. Dla dobra mojego małżeństwa :).

O polskich forach

O polskich forach

Są różne sytuacje w życiu, ważne i mniej ważne, gdy szukamy informacji i odpowiedzi na pytania w Internecie. Umówmy się, Internet to pierwsze źródło informacji dla większości osób, chyba tylko nie dla mojej babci. W moim przypadku z takich czasów najnowszych poszukiwałam w sieci informacji o międzykulturowych związkach, kwestiach proceduralnych i legalizacji pobytu cudzoziemca w Polsce, a ostatnio szukam informacji o psach :). Różne sfery, kompletnie różna tematyka i inny zasięg społeczny – a rezultaty poszukiwań identyczne, no ludzie kochani.

Powiedzmy, że jesteś początkujący w temacie. Skąd mam wiedzieć, jak Egipcjanin wyrabia sobie wizę, skoro nigdy wcześniej nie znałam Egipcjanina mieszkającego w Polsce? Albo skąd mam wiedzieć, jak wyglądają prawa polskiej żony w międzynarodowym małżeństwie, skoro żadnej nie znam? A więc szukam i co znajduję – aż odechciewa się zadawania pytań na tych wszystkich forach.

Jeśli czegoś nie wiesz i zadajesz pytanie – aby się dowiedzieć od użytkowników forum, bo skoro się wypowiadają w temacie to może coś o nim wiedzą – zostaniesz objechana za brak wiedzy. Opcje są dwie:

Gdy pytasz, mając już jakiś problem:
Ty głupia krowo, mądry Polak po szkodzie, trzeba było się pytać zanim to czy tamto. Kupiłaś psa w pseudohodowli to jesteś ciemną masą nakręcającą ten drański rynek. Poziom ignorancji mnie przerasta!!!111 (odpowiedzi na zadane pytanie brak)

Gdy pytasz, bo planujesz coś zrobić i chcesz się dowiedzieć więcej:
Ty głupia krowo, za co ty się w ogóle zabierasz, jak ch*j o tym wiesz, tacy jak ty lepiej niech nigdy nie mają psa, a jak już kupisz to potem dziękuj tylko sobie!!!111 (odpowiedzi na zadane pytanie brak)

Chyba ideą tych forów nie jest odstraszanie nowych osób, które chciałyby się czegoś dowiedzieć? Po co w ogóle otwierać a potem prowadzić takie strony dla niby-znawców, skoro pojawiają się tego typu reakcje na pytania osób z zewnątrz? Wymieniamy się doświadczeniami ku chwale ojczyzny, czy leczymy kompleksy niewiedzą innych? Tu jest Polska, więc pewnie leczymy kompleksy.

Gdy swojego czasu szukałam informacji o związkach PL-EG, nie napisałam ani jednego postu na żadnym forum. Pokłady zawiści, nieżyczliwości i agresji, które znajdywałam na niemal każdej stronie internetowej, skutecznie mnie od tego odwiodły. Szkoda tym większa, że w dalszym ciągu jest mało doświadczonych w temacie osób. Jak już ktoś pisze, to najchętniej ci pokrzywdzeni przez los, to naturalne. Jaki jest efekt? Same połamane serca i w ogóle nigdy nie wchodź w żaden związek z Arabem. Między innymi dlatego założyłam tego bloga, bo brakowało mi normalnego miejsca na wymianę doświadczeń i źródła jakiejś wiedzy.

Gdyby internauci byli bardziej chętni do pomocy, bardziej otwarci i z większym zrozumieniem dla cudzej niewiedzy lub brak doświadczenia… Zadawanie pytań to już połowa drogi, skąd takie agresywne reakcje? To lepiej nie pytać i dalej nie wiedzieć?

Aktualnie szukam informacji o psach, wychowywaniu psów i tak dalej, temat rzeka od morza aż po Tatry, miałam nadzieję na praktyczne wskazówki wynikające z doświadczeń innych właścicieli. Niestety myliłam się, takie poszukiwania nie mają sensu. Lepiej czytać artykuły, z nadzieją, że zostały napisane przez kogoś, kto się zna.

Takie przedweekendowe rozważania o Polsce :).

Kwiecień (bez psa)

Kwiecień (bez psa)

Kończy się dość pracowity kwiecień. Nie wiem, kiedy minęły ostatnie dwa tygodnie. Kiedy minął miesiąc od Wielkanocy?! Na szczęście teraz już powinno być trochę lżej w pracy. Od ponad miesiąca zmagałam się z przeziębieniem, które jak już wreszcie się skończyło, to przerodziło się w alergię. Jeśli znacie ten ból, to wiecie o co chodzi. Zbliża się tak zwany weekend majowy, dla mnie oczywiście nie długi, ale przynajmniej będzie pusto w mieście. Do widzenia wszystkim, jedźcie sobie i zostawcie puste warszawskie drogi i puste wszystko :).

Poza tym od ładnego miesiąca szukamy psa. Wymarzyłam sobie pewną rasę, ale dawno też już zaczęłam godzić się z tym, że takiego psa mieć nie będziemy. Nie da się kupić rasowego psa – ani nie da się znaleźć kundelka! Myślałam, że w pięć minut zobaczę kilkanaście chwytających za serce zdjęć piesków, które szukają nowego domu. A okazało się, że to wcale tak nie wygląda. Gdybyście kiedyś szukali psa, oto jakie są realia:

1. Rasowe psy kosztują od 2500 zł wzwyż. Pewnie zależy, które, my szukamy kilku małych ras i niestety nie ma taniej. Aż boli kręgosłup moralny, skoro tyle psów czeka na dom za darmo.

2. Możecie sobie znaleźć niby-rasowe psy za 1300-1800 zł (tych naszych to i tak nie ma), ale przygotujcie się na wszechpolskie potępienie – że jak to, bez rodowodu?! Toż to nie rasowy. To kundli też nie wolno adoptować, bo są nierasowe? No i podobno takie pieski to siedlisko wszystkich chorób i psich skrzywień świata. Bo mieszańce ze schroniska zawsze są zdrowe. Lepiej niech takie psy pozostaną do końca życia bezpańskie. To takie założenie, że jeśli komuś w domu oszczeniła się suka, to na pewno ten ktoś wrzuca szczenięta do klatki metr na metr i karmi zgniłym chlebem.

3. Jest dużo kundelków w schroniskach i rozmaitych instytucjach, a także u prywatnych osób lub w tzw. domach tymczasowych i wszystkie są dość podobne do siebie. Różnice dotyczą głównie wieku. Regularnie przeglądam strony tych schronisk i, niestety, nie widziałam jak dotąd psiaka, którego chciałabym przygarnąć. Czeka nas pewnie prawdziwa wizyta w schronisku, bo internet to za mało. Nie chcemy dużego ani średniego psa w typie wilczka – a taka właśnie jest większość tych bezdomnych.

4. Istnieją fundacje pomagające określonym rasom, gdzie podobno są pieski po przejściach, ale mają nieaktualne od dwóch lat informacje i nie ma fundacji pomagającym tym naszym.

5. Czekam jeszcze na wyniki moich testów alergicznych, ale pewną zaletą kilku ras jest to, że mniej uczulają, niż typowy szorstkowłosy kundelek. Dlatego tak chciałam znaleźć takiego mało-alergicznego psiaka. Nierealne! Nawet gdyby się już chciało wyłożyć te czasem trzy i pół tysiąca (my akurat nie chcemy), to dostaje się odpowiedź, że miot będzie w styczniu. Albo że dostępne jest jedno szczenię, to, którego nikt nie chciał kupić :).

Reasumując, trochę nie wiem, co robić. Co weekend i co wieczór zżera mnie pozytywna zazdrość na widok tych wszystkich właścicieli spacerujących sobie ze swoimi psiakami po osiedlu. M. codziennie po pracy podsuwa mi komputer pod nos i każe sprawdzać, czy nie pojawiło się jakieś ogłoszenie (przez te kilka godzin, co nie zaglądałam). Czy to naprawdę jest tak, że przygarnia się psa, którego wcale się nie planowało? Albo takiego, który wcale Ci się nie podoba ani nie łapie za serce, ale kto wie, może za pół roku coś zaiskrzy?

Korzystając z okazji, ogłoszę się: TAK, PRZYGARNIEMY PSA! Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie!

To był taki psi off-top. Poza alergiami i kociołkiem w pracy czujemy się dobrze i dajemy sobie radę :).

Mała prowokacja

Mała prowokacja

Tak z czystej ciekawości. Dziecko poczęte z gwałtu dokonanego przez Araba też trzeba będzie urodzić? 🙂 I to jeszcze typowego Araba, bo muzułmanina. A jeśli jesteśmy tacy świątobliwi (a chyba jesteśmy, bo mówimy o wierchuszce polskiego Kościoła Katolickiego) to i wiemy, że dziecko muzułmanina rodzi się muzułmaninem, czyli… no co najmniej nie zyskujemy owieczki. I to delikatnie powiedziane, bo po polsku powiedzielibyśmy, że brudzimy rasę. Nadal rodzimy? 🙂

Praca dla Egipcjanina

Praca dla Egipcjanina

To trochę temat rzeka. Pierwsza myśl pewnie u wszystkich jest podobna, a mianowicie, że będzie ciężko. No łatwo nigdy nie jest. Ale Polakom też nie jest łatwo, sama o tym doskonale wiem z własnego doświadczenia. Znalezienie pracy jest jednym z najważniejszych zadań, jakie stoją przed przybywającymi do Polski Arabami. My, ich partnerki, wiemy, że to pracowici ludzie. Ale do rzeczy. Wiele osób pyta mnie, gdzie i jak najlepiej szukać pracy dla Egipcjanina. Przyjmijmy założenie, że partnerzy i mężowie są już nauczeni, że w Polsce praca i pieniądze nie leżą na ulicy, jak to się niektórym Arabom wydaje :).

Z naszych obserwacji wynika, że Egipcjanie przebywający w Polsce najczęściej pracują:

– w restauracjach arabskich jako kucharze

– w sklepikach arabskich jako sprzedawcy, dostawcy, kucharze i ogólnie ogarniacze wszystkiego 🙂

– w firmach, gdzie potrzebny jest język arabski, przeważnie do pracy biurowej związanej z kontaktem z klientem, przy czym nie słyszałam jeszcze, by było to call center

– w kebabach. Ponieważ bardzo to wszystkich interesuje, a wśród Polaków zrodził się nawet pewien stereotyp, że jak Arab, to tylko do kebaba, więc pozwolę sobie na słówko więcej komentarza. Jest to praca na długie zmiany, przeważnie jeden dzień wolny w tygodniu, pieniądze w granicach 6-8 zł za godzinę na rękę, na czarno. W lepszych lokalach wymagają książeczki sanepidowskiej. Takie warunki oferowane są Arabom pewnie dlatego, że Polak by się na nie nie zgodził. Większość osób traktuje to jako coś tymczasowego, dopóki nie znajdzie się coś lepszego. Zwykle nie wymaga się doświadczenia. Cały czas podziwiam, jak ludzie po studiach i z wieloletnim, szerokim doświadczeniem zawodowym lądują w takiej pracy za takie pieniądze. Pracę tego typu można znaleźć przez znajomych, np. w meczecie, na darmowych portalach ogłoszeniowych lub na Facebookowych grupach dedykowanych Arabom mieszkającym w Polsce. Tam jest dużo różnych ogłoszeń, włącznie z anonsami osób poszukujących polskiej żony :). Jeden znajomy wyjechał do pracy w kebabie do innego miasta. Pracuje w trybie kilka tygodni tam – powrót do Warszawy – znowu kilka tygodni tam. Wynajmują w kilka osób mieszkanie. Wcześniej pracował w garniturku w biurze, po czym sam postanowił wyjechać i bardzo sobie tę pracę ceni.

To takie wnioski po blisko dwuletnim pobycie M. w Polsce. Na pewno są też osoby wykonujące inną pracę, prowadzące własne firmy itd., tylko my ich nie znamy :).

Gdzie najlepiej szukać pracy: na wspomnianych grupach dyskusyjnych na Facebooku (w morzu śmieci zdarzają się konkretne oferty i informacje), oczywiście w portalach internetowych, przez znajomych, chociaż nam akurat nikt nie pomagał, i przez arabskich znajomych znalezionych już tutaj na miejscu, w Polsce. Szczególnie warto popytać wśród osób, które są u nas dłużej. Sporo osób sobie wzajemnie pomaga. M. czasem dostaje telefony z informacją, że ktoś szuka kogoś i może mógłby kogoś polecić.

Nie muszę chyba dodawać, jak kiepskie jest samopoczucie facetów, którzy pracowali wiele lat w swoim kraju, pokończyli dawno studia, a tutaj nie są w stanie niczego znaleźć, bo nikt nie wierzy w ich umiejętności i kwalifikacje. Kluczowy na pewno jest angielski, bo polskiego za bardzo nie oczekujmy :). Raczej nikt nie pyta o dyplomy, bardziej o doświadczenie, w czym jest się dobrym itd. Konieczna jest karta czasowego lub stałego pobytu. Na wizie turystycznej nie można pracować, ale nie ma problemu, jeśli jest już karta pobytu.

Z technicznych informacji, mąż Polki nie potrzebuje pozwolenia na pracę. Podpisuje umowy identycznie, jak Polacy. Ale narzeczony już potrzebuje pozwolenia. Organizacją tego zajmuje się pracodawca, o ile mu się chce. Warto też jak najszybciej zgłosić się do Urzędu Skarbowego i wyrobić NIP.

Wielka Wiosna

Wielka Wiosna

Doczekaliśmy się kolejnych Świąt. Ja w nowej pracy, którą bardzo lubię, a lubię jeszcze bardziej, bo dostaliśmy wolny Wielki Piątek! Dotychczas pracowałam zawsze, jak się tylko dało – Wigilia, Sylwester, Wielki Tydzień, Trzech Króli, Boże Ciało, Wszystkich Świętych… Co długi weekend to nie ja. A tu taka niespodzianka! Poza tym adoptowaliśmy na tymczasem kota mojej siostry, która wyjeżdża na parę tygodni na urlop. Widzę, jak pięknie M. zajmuje się zwierzakiem. On nie ma doświadczenia ze zwierzętami, sam nigdy nie miał i nie był jakimś wielkim fanem. A tu się okazuje, że kot woli jego, niż mnie. Zwierzęta idą do dobrych ludzi, cóż ;).

Byłoby jeszcze lepiej, gdybym nie była od tygodnia chora na gardło. Ale skoro jest marzec, ja muszę kaszleć. Nie było opcji pójścia na L4, jak się jest w pracy dopiero trzeci tydzień :). Będę mieć na sumieniu wszystkich, których pozarażałam. Może teraz mi w końcu przejdzie, bo wyjeżdżamy na Święta do Zakopanego. Parę dni w moim ukochanym miejscu. Uwielbiam Zakopane wczesną wiosną; nawet, jak jest nadal śnieg i zimno, to światło już jakieś inne i powietrze inaczej pachnie. Wiedziałam, ze ta zima musi kiedyś minąć.

Kocham egipską administrację

Kocham egipską administrację

Teraz będzie historyjka o tym, co jest możliwe w egipskim sądownictwie.

Nie wdając się zbytnio w szczegóły, bo i ich zbyt wiele nie ma albo ich nie znamy, oraz nie podając cienia nazwisk.

Znajomy znajomego, co to z M. się od lat nie widzieli, rozwiódł się z żoną i nawet o tym nie wiedział.

Oboje muzułmanie, on rodowity Egipcjanin, ona córka rodziców z dalekiej Azji, urodzona i wychowana w Egipcie, z egipskim obywatelstwem. Pobrali się parę ładnych lat temu, bo wpadli. Jakiś czas później on wyjechał za pracą za granicę. Nie było dobrze między nimi. Przyjeżdżał na urlop, wracał do pracy. Niedawno tę pracę stracił. Wrócił do kraju i przypadkiem dowiedział się, że jest już rozwiedziony, bo go żona ze sobą sama rozwiodła :). Zapomniała mu tylko o tym powiedzieć. Sędziowie, prawnicy i administracja egipskiego sądu również.

Koniec końców dobrze się stało, oboje rozmawiali podczas tych urlopowych spotkań o rozwodzie, tylko jakoś nikt się za to nie zabrał (a jednak się zabrał!). On od jakiegoś czasu był w związku z cudzoziemką i chcą się pobrać. No to ma procedurę rozwodową z głowy, że tak powiem.

Ktoś mi powie, że egipska żona nie ma szans na rozwód!

To jest dopiero girl power :).

Polskie prawo jazdy dla Egipcjanina

Polskie prawo jazdy dla Egipcjanina

M. jest w Polsce grubo ponad półtora roku. Jak ten czas leci… No leci, ale niektóre sprawy mamy niedokończone. Lepszym określeniem byłoby niezaczęte, wręcz. Chodzi o prawo jazdy. Nadszedł czas by wziąć się i za to. Udałam się dzisiaj do mojego urzędu dzielnicy, aby zapytać o formalności związane z wydawaniem polskiego prawka dla Egipcjanina. Koniec z niedomówieniami, sprawa jest prosta, chociaż idealnie też oczywiście nie mogło być :).

Podstawowa informacja jest taka, że Egipcjanin, o ile ma egipskie prawo jazdy, musi w Polsce zdać egzamin teoretyczny oraz być tutaj minimum pół roku.

Jakie dokumenty są potrzebne, aby Egipcjanin mógł sobie wyrobić polskie prawo jazdy?

1. Ważne egipskie prawo jazdy wraz z tłumaczeniem przysięgłym na polski.

2. Aktualna karta pobytu (zakładam, że i paszport).

3. Dokument potwierdzający, że przebywa minimum pół roku w Polsce. Może to być np. zaświadczenie o zameldowaniu lub umowa o pracę.

4. Wypełniony wniosek, do pobrania z internetu lub na miejscu w urzędzie. Z tego, co widziałam, to identyczny jak dla Polaków.

5. Zdjęcie jak do dowodu.

Z tymi dokumentami idziemy do urzędu dzielnicy lub gminy, dostajemy „Profil Kandydata na Kierowcę” i z tym profilem idziemy do ośrodka egzaminacyjnego (WORD) zapisać się na egzamin teoretyczny. Pani nie wiedziała, jak wygląda kwestia egzaminu w języku angielskim. Poradziła dowiedzieć się o to u źródła, w WORD-zie.

Ciekawa sprawa, że mimo że M. jest w Polsce blisko dwa lata, nie ma obecnie jednego dokumentu potwierdzającego jego półroczny pobyt. Meldunki nie były na zakładkę. Umowa zlecenie się skończyła. Zresztą, na umowę zlecenie pani kręciła nosem. Może moglibyśmy pozbierać trochę papierów, pokazać stary meldunek, który był przecież na rok, dołączyć ksero z paszportu, że aplikował o pobyt czasowy (jak miał nie aplikować, skoro go dostał) i by przeszło. Ale aż tak nam się nie spieszy, a za trzy miesiące jak byk będzie miał te przepisowe sześć miesięcy zameldowania.

Procedury i formalności to jedno, nauka przepisowej jazdy to drugie :). M. ma szlachetny plan wziąć kilka jazd z nauczycielem, nawet już po uzyskaniu polskiego dokumentu. Ja nie wiem, jak ten nauczyciel to zrobi. Pamiętam, co mówili na moim kursie osiem lat temu: najlepszy uczeń to taki, który nigdy przedtem nie wsiadł za kierownicę. Ciężko jest lub nie da się nauczyć poprawnej jazdy kogoś, kto nauczył się wcześniej po swojemu lub byle jak. Człowiek nauczył się prowadzić w świecie dżungli i drogowej samowolki, a teraz każą mu szanować znaki drogowe?

Sprawdziłam to na swojej rodzinie. Gdy sama uczyłam się prowadzić, porównywałam moje, tj. wpajane przez instruktora techniki jazdy z tym, w jaki sposób prowadzi moja mama, która ma prawo jazdy od trzydziestu lat. Nijak się nie zgadzało. Nie dała się przekonać do hamowania silnikiem, nie wierzyła, że samochód ruszy bez gazu na samym sprzęgle, nie uważała, że warto skręcać na dwójce itd. ;). Jest oczywiście lepszym kierowcą ode mnie. Chociaż ja parę kilometrów przez te kilka lat wyrobiłam, a nadal jeżdżę pięćdziesiąt ;). Tak mnie nauczyli!

Podobno niektórym Egipcjanom udało się opanować polski ruch drogowy, więc nadzieja jest. Palącą sprawą jest teraz znalezienie książki lub materiałów do nauki przepisów drogowych po angielsku. Czy mogłybyście coś polecić??? Na upartego mogłabym mu wytłumaczyć wszystkie zasady ruchu drogowego tak, żeby zrozumiał (i tak pewnie będę to robić), ale wiemy, jak skonstruowany jest egzamin, słownictwo bywa fachowe, potrzebny jest podręcznik lub baza pytań. Będę wdzięczna za wszelkie rady.

Europejski sen

Europejski sen

Trochę nie wiem, czy w ogóle powinnam tutaj o tym pisać, ale temat niestety się pojawił, jest dość ważny i warto, żebyście były na takie coś przygotowane, jeśli Wasz luby jest w drodze do Polski.

Od pewnego czasu M. dostaje tajemnicze telefony. Im dalej w las, tym ich więcej. Dzwonią jego dawni koledzy, znajomi znajomych, szwagier sąsiada albo osoby, które widział raz w życiu podczas pracy w Sharmie ileś lat temu. Dzwonią i… historia jest zawsze ta sama. Mają pomysł przyjazdu do Europy. Odcieni tego pomysłu jest wiele, tak jak wiele jest ludzkich strategii na przyszłość. Chciałbym przyjechać do Polski, bo tam jest bezpiecznie. Albo do Polski, a potem do Niemiec. Do Szwecji. Gdziekolwiek do Europy. Bywa też Rosja i Ukraina. W Egipcie nie ma turystów, nie ma pracy, wszystkich pozwalniali. Czy wiesz, jak się załatwia wizę?

Na temat wiz wiemy dużo, ale chodzi o wizy do Polski. Nie mam ja, ani tym bardziej M., pojęcia o systemie wizowym obowiązującym w innych europejskich krajach, a teraz to już w ogóle trudno cokolwiek przewidzieć. Znajomy znajomego tak samo jak my ma niewielkie pojęcie na ten temat. A może M. by pomógł z wystawieniem zaproszenia?

M. się wkurza, skąd oni w ogóle mają mój polski numerja z kolei uwielbiam te historie i zawsze chcę wszystko wiedzieć, o co pytali znajomi, z czym mają problem, jak możemy pomóc, czy mają narzeczoną w Europie i tak dalej. Mina mi często rzednie, bo oni nie chcą do Polski, tylko na Zachód. W sumie to nie powinnam być zaskoczona.

Jest też druga część tych rozmów. Niestety, czasem nie chodzi tylko o pomoc z wizą i procedurami. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Przy okazji, M. zawsze mówi, że pieniądze nie są najważniejsze w życiu i ma świętą rację, ale ja do tego dodaję, że koniec końców i tak zawsze chodzi o pieniądze. Egipcjanie, znajomi i nieznajomi, niestety zdają się żyć w świecie arabskich wyobrażeń o Europie, takich, z jakich dzisiaj drwią polscy hejterzy i ksenofoby. Słucham tych rozmów od tygodni i uważam, że w tym jednym punkcie polskie zakute łby mają rację. Nie wiem, skąd się to bierze w wieku technologii i eksplozji wiedzy, ale jakaś część arabskiego społeczeństwa żyje wyobrażeniami, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Jeśli mieszkasz, żyjesz w Europie, to jesteś bogaczem. To na dzień dobry. Zarabiasz kupę kasy, masz wszystko za darmo od państwa, a praca leży na ulicy, tak samo jak dziewczyny z rozłożonymi nogami. Każda nawet najbardziej dziadowska posada to furtka do opływania w złoto i luksusy i nikt nie ma problemu ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy. Żyć nie umierać!

O tych rozłożonych nogach to temat na inną notkę. My, Polki, boimy się, że egipski mąż zamknie nas w piwnicy (w Egipcie nie ma piwnic, btw), oni, Egipcjanie, boją się, że będziemy im dorabiać rogi co noc z innym facetem. Te obawy raczej nie dotyczą Czytelniczek mojego bloga, ale przeciętną i niedoinformowaną Kowalską to kto wie.

Skąd bierze się ta niewiedza? Skąd przypuszczenie, że w Europie życie usłane jest różami? Ja wiem, że nawet polska pensja minimalna byłaby zacna w Egipcie, ale koszty życia i utrzymania też są zupełnie inne. Jak dorosły człowiek w XXI wieku może tego nie wiedzieć? Gdy w Polsce rozmawiamy o tym, że arabski narzeczony lub mąż planuje przyjazd do Polski, pierwsze, co rodzi się w głowie, to duża obawa o pracę. Od tego zaczynamy, od poczucia niepewności, czy on znajdzie pracę, jaką, kiedy, gdzie i za ile. Optymistyczne wizje wielkiej kariery zdarzają się chyba mało której z nas. Niektórzy Arabowie myślą kompletnie na odwrót! Podobno Polacy też tak kombinowali w czasach imigracji do Stanów. Tylko wtedy dolar to był dolar…

Nie wiem, czy próby tłumaczenia M., jak wygląda życie w Polsce, na cokolwiek się zdają. Chyba nie, bo słyszy czasem łamiącą serce odpowiedź pod tytułem nie wierzę ci.

Zdarza się, że M. łapie małego doła po takim telefonie. Coraz częściej już nie odbiera. Próbuję go pocieszyć, że co mu tam jacyś dalecy znajomi albo wręcz nieznajomi, nadal ma przyjaciół, którzy są z nim dlatego, że są. Na to on mnie pyta, kto? Chwilę mi zajęło, zanim zorientowałam się, że mówię o arabskich kolegach, ale poznanych już tu, w Polsce.

Konkurs! :)

Konkurs! :)

Z okazji pierwszych 30-stu polubień strony mojego bloga na Facebooku postanowiłam zorganizować mały konkurs :). Większość znanych mi blogerów przynajmniej raz w życiu robi jakiś konkurs. Ja piszę blogi tu i ówdzie od kilkunastu lat i nigdy jeszcze nie zorganizowałam żadnego konkursu! Czas nadrobić zaległości :).

Do wygrania jest książka, którą i tak chciałam oddać jakiejś zainteresowanej osobie. Jest to podręcznik do samodzielnej nauki języka arabskiego pt. „Arabski nie gryzie!”, opracowanie zbiorowe. Nowa, nieużywana. Historia tej książki jest taka, że mam dwie w domu – jedną przerobiłam sama (i po drodze dość zmasakrowałam własnymi notatkami), drugą kupiła sobie kiedyś moja mama i… chyba o niej zapomniała. Książka jest godna polecenia, to właśnie z niej nauczyłam się arabskiego alfabetu, zanim M. przyjechał do Polski.

W mojej dzielnicy jest fajna biblioteka plenerowa w pniu drzewa, którą ostatnio co parę dni zasilam dostawą starych książek. Przeleżały ileś lat na półce, na Allegro sprzedać się nie chcą, warto się podzielić z innymi. I tak sobie myślę, że na blogu jest duża szansa znaleźć osoby zainteresowane nauką arabskiego :). Czemu książka nie miałaby trafić do właściwego odbiorcy? A teraz do rzeczy!

Co zrobić, aby wygrać książkę? 🙂

1. Polub stronę mojego bloga na Facebooku 🙂 (to chyba konkursowy klasyk).

2. W komentarzu pod postem (LINK) napisz, jaki masz związek z tematyką bloga, np. czy masz zagranicznego partnera, jaka jest Wasza historia, co sądzisz o międzykulturowych związkach, czy masz przyjaciół z innych krajów, co interesuje Cię najbardziej w tematyce arabskiej itd. Temat rzeka, jest o czym pisać 🙂

3. Autor najciekawszej wypowiedzi wygra książkę, niestety na chwilę obecną mam tylko jedną :).

4. Na wykonanie zadania masz czas od 17 do 23 lutego (od dziś do wtorku).

5. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone 24 lutego (środa).

6. W konkursie mogą brać udział wszystkie zainteresowane osoby. Nie ma wymogu pozostawania w zmiksowanym związku ;))).

7. Nagroda zostanie przesłana do zwycięzcy pocztą, po ogłoszeniu wyników zgłoszę się do tej osoby w sprawie adresu.

A jeśli do tego jeszcze udostępnisz na swoim Facebooku link do strony mojego bloga, to szanse wzrosną, nie to żebym coś sugerowała ;P 

Liczba czytelników bloga na Facebooku nie jest zatrważająca i nie wynosi kilku setek, więc szanse na wygraną są naprawdę realne ;).

Do dzieła!