Małżeństwo z dwójką dzieci

Małżeństwo z dwójką dzieci

Jesteśmy już oficjalnie małżeństwem z dwójką dzieci. Jak to brzmi… Ostatnie dwa lata były dość intensywne zarówno w pracy, jak i w domu. Opowiem Wam w skrócie, co się u nas działo przez ten czas i jak wygląda nasze życie obecnie :).

Przede wszystkim urodziła nam się córka. Przez dłuższy czas ja w ogóle nie wiedziałam, czy będę chciała mieć drugie dziecko. Kiedyś, w młodszej młodości ;), wydawało mi się, że tak, bo sama mam rodzeństwo. Co do M. to z góry było wiadomo, że on chciałby mieć dwójkę, ale nie więcej (nie, nie każdy Egipcjanin ma piątkę dzieci lub w ogóle o tym myśli). Gdy urodził się K. i zaczął dawać czadu jako roczniak, potem dwulatek, ja z dnia na dzień zaczynałam wątpić, jakobyśmy nadawali się w ogóle do rodzicielstwa. Kryzys jednak minął i w głowie ciągle pojawiało mi się pytanie, czy to już koniec, czy jednak jeszcze zadbamy o rodzeństwo dla małego? Do tego dookoła wśród znajomych zaczęły się pojawiać kolejne ciąże, kolejne maluchy, część już znacznie wcześniej. I temat nie pozwolił się wyrzucić z głowy.

Tym razem i ja i M. marzyliśmy o córce. Ok, ja może nie marzyłam, bo ja w ogóle nie marzyłam o dzieciach :). Żartowaliśmy sobie, że jak będzie drugi chłopak, to robimy ZWROT! Wszyscy mają po dwóch chłopców. Jak na wojnę i wykrakaliśmy, bez żartów. Ale szybko okazało się, że to prawdopodobnie dziewczynka. Tym razem obyło się bez ochów i achów, jaki to ojciec będzie przeszczęśliwy. Może wszyscy się bali, że przyszłość małej rysuje się w czarnych barwach w takiej rodzinie i na wszelki wypadek lepiej już teraz przyodziać żałobę.

E, niee, wiecie. To nie to. Po prostu drugiej ciąży ludzie, przynajmniej obcy, już tak nie przeżywają, jak pierwszej. I chwała im za to.

Nasza córeczka ma nieco ponad dwa miesiące i jest cztery lata młodsza od swojego brata. Nasze dzieci są określane nieznanym mi za bardzo wcześniej mianem parki i wszyscy mówią, że to najlepszy możliwy układ. Nie wiem, nie znam się, z całą pewnością mała będzie miała szkołę życia ze starszym bratem, ale i sporo benefitów. Starsi koledzy, papierosy i piwo kupowane przez pełnoletniego K. za przysługę, imprezy starszych znajomych :). Och, oczywiście, niech M. tego nie czyta, przecież on jest ojcem grzecznej księżniczki z dobrego domu. Za to K. będzie miał pod nosem młodsze koleżanki siostry, które będą na starcie dojrzalsze od niego o dwie generacje, jak to zwykle z kobietami i mężczyznami bywa. Przyjęliśmy na siebie tę odpowiedzialność, nie tylko za dwójkę maluchów, ale i za rodzeństwo. Musimy tego nie spieprzyć.

Mała L. wygląda identycznie jak K. za maleńkości. Jeszcze nie wiemy, czy to bardziej M. czy bardziej ja. Nasz syn przechodził przez różne etapy bycia podobnym do rodziców. Na początku wyglądał jak M., potem jak mała ja. Obecnie ma uśmiech mojego taty, posturę i ruchy M., jego oczy. I nasze wspólne włosy, bo ma kręcone i robi się szatyn. Odpowiem na najczęstsze pytanie, czy widać, że to dziecko z mieszanego związku? Tak sobie. Według nas nasz syn jest piękny i pewnie jest to naturalna reakcja rodziców na własne potomstwo :). Karnację ma taką jak ja, chociaż według lekarzy delikatnie ciemniejszą, ja tam tego nie widzę. Oczy wielkie i ciemne, z oprawą, która ciemnieje z miesiąca na miesiąc. Co do córki, to się jeszcze okaże, jaka będzie. Jest nam łatwiej z nią, niż z małym K. Może z drugim dzieckiem jest łatwiej, a może trafił się wreszcie łatwy egzemplarz.

K. to mały huragan. Tornado, diabeł tasmański. Wulkan energii. Wszędzie wejdzie, wskoczy, wbiegnie, chyba nigdy nie robi się zmęczony. No dobra, może nie jest takim stuprocentowym wariatem, bo ma też momenty zagubienia i wycofania. Rzadkie momenty ;). Niczego się nie boi poza lekarzami, w nowe miejsca wchodzi jak po swoje, budząc lekką konsternację na twarzyczkach rówieśników i rozstawiając młodszych po kątach. Niestety musimy go pilnować na każdym kroku i tak było od początku, ledwo zaczął raczkować. Pajacuje po prostu, ale też wszystkich lubi i jest pozytywnie nastawiony do otoczenia. Jak nie moje dziecko ;), ale jak dziecko M.

Syn ma opóźniony rozwój mowy. Brzmi poważnie, jest to też trochę poważne, ale już pod kontrolą. My jesteśmy rodziną, w której są obecne trzy języki: polski, arabski i angielski. Konsekwentnie i zupełnie dla nas naturalnie każde z nas zwraca się do dzieci we własnym ojczystym języku. My między sobą się też wzajemnie rozumiemy, chociaż rozmawiamy po angielsku, bo tak jest prościej. Tak, przez te dwa lata M. podszkolił polski, wymusiła to na nim praca, i obecnie dogaduje się normalnie, chociaż dalej kaleczy. No i nie można mówić do niego zbyt szybko po polsku. Ja rozumiem po arabsku niemal wszystko to, co mówią M. i K., a gdy czegoś nie rozumiem, to M. zawczasu o tym wie i tłumaczy, zanim jeszcze o to poproszę. K. mówi do taty po arabsku, do mnie po polsku. O dziwo nie miesza tych języków w ogóle, co mnie zaskakuje, skoro ma ORM. Tak, K. rozumie po arabsku i uczy się mówić w tym języku. Jest to dla niego język mniejszościowy, więc tym większa będzie praca M., by ten język u niego rozwinąć. Mały ma zajęcia z logopedą już półtora roku i są tego realne efekty. Zdania specjalistów są podzielone, skąd to opóźnienie rozwoju mowy. Jedni twierdzą, że to przez tę mieszankę języków, drudzy, że z innej nierozpoznanej na razie przyczyny.

W przedszkolu (taaak, K. od ponad roku chodzi do przedszkola – dawno mnie tu nie było :)) jest najlepszy z angielskiego. To znaczy, według Pań. Trudno jest nam samym to ocenić, bo K. w domu nie używa angielskiego. Czasem się zdarza, że mruczy coś sam do siebie podczas zabawy, ale to rzadkość. Jemu nie przechodzi przez gardło zwracać się do nas po angielsku, ja też nie jestem w stanie mówić do niego inaczej, niż po polsku. Mamy tak porąbany system językowy w domu, że rozmawiania z dzieckiem po angielsku nie wdrażamy – i w ogóle nie chcemy. Nie jestem idealną matką idealnego geniusza, ja nie z tych ;), więc koniec końców po prostu cieszę się, że mały radzi sobie w przedszkolu, rozwija komunikację z dziećmi, no bo jednak jest trochę w tyle, jeśli chodzi o mówienie.

M. nadal prowadzi swoją firmę, ma dwa sklepy w Warszawie. Zakończyliśmy sprzedaż przez Internet, bo wzrosły opłaty, prowizje, zresztą wszystko inne też, i przestało się nam to opłacać, biorąc pod uwagę poziom cen naszych produktów. Niedawno M. zaczął wyjeżdżać ze swoimi produktami na festiwale organizowane w innych miastach, takie wiecie, jarmarki z namiotami na rynku :). Jest to coś nowego, świeżego, bardzo męczącego dla niego, ale to wciąga. A ja w tym czasie zostaję sama na weekend z dwójką maluchów w domu, bo te festiwale zawsze są organizowane w weekendy. Nie jest to jakieś specjalnie trudne, chociaż wymaga pewnej mobilizacji :).

Pewnie jeszcze mi się przypomni kilka spraw, o których mogłabym Wam tu opowiedzieć, więc mam nadzieję, że czas na pisanie bloga jeszcze się znajdzie. Zastanawiałam się ostatnio, czy blogowanie jako takie zwykłe pisanie do szuflady, no ale jednak nie szuflady, jeszcze istnieje? Bez zarabiania, bez reklam (jeśli pod moim wpisem pojawią się jakieś reklamy, to będzie to chyba kara za pozostawienie bloga na pastwę losu i nawet nie wiem, jak je wyłączyć :), w każdym razie ja nic z tego nie mam poza wnerwem, że mi psują widok kolumny), bez wstawiania linków do tych samych firm i projektów? Bo że makdonaldyzacja twórczości w Internecie postępuje, to już wiemy od dawna. Piszemy coraz krócej, raczej nagrywamy (to podobno też zajmuje czas), ludzie nie czytają. Ja ten wpis pisałam na raty przez trzy dni. Z jednej strony nikomu się nie chce czytać długich wpisów, tak jak nikomu się nie chce czytać gazet, z drugiej „blog” w postaci strony na Facebooku, gdzie wpis to zaledwie kilka zdań, chyba jednak nie jest blogiem. Ja jestem starej daty, lubię czytać gazety i dłuższe wypowiedzi, niekoniecznie na Facebooku. W sumie to nie widziałam jeszcze na FB strony, która mogłaby być blogiem takim z dawnych czasów, bo tam dłuższe wypowiedzi i tak są krótkie. Może takie czasy przyszły. Jak nie będzie odbiorców takich dobrowolnych, najwyraźniej hobbystycznych treści, to i treści nie będzie.

Żeby nie kończyć pierwszej notki po dwóch latach w taki chłodny sposób (wyszłam z wprawy!), jeszcze jedna prywata odnośnie minionej niedzieli: wygraliśmy! 🙂 Oby :).

Mamy się dobrze :)

Mamy się dobrze :)

Nie odzywałam się ponad pół roku, stając się oficjalnie najgorszą blogerką sezonu :). Należy Wam się słowo wyjaśnienia. Na szczęście jesteśmy wszyscy cali i zdrowi, nie zmogła nas korona (odpukać), nie mieliśmy nawet śladu przeziębienia, także czujemy się wszyscy dobrze, włącznie z małym. M. ani nie porwał mi dziecka i nie uprowadził do Afryki :), ani nie zostawił mnie samej na pastwę roczniaka, bo mu jakoby ojcostwo się znudziło i chce się bawić, wdając się w romans z przypadkową panienką 🙂 No bo dlaczego żona Egipcjanina tak nagle przestała się odzywać? Na pewno skończyło się love story!

Otóż, moi drodzy, nic z tych strasznych rzeczy. Po prostu pochłonęła nas rzeczywistość, a konkretnie rodzicielstwo i praca. Nigdy nic nie zmieniło naszego życia tak bardzo, jak pojawienie się synka. Niedawno skończyłam urlop macierzyński i zaległy wypoczynkowy i zaczęłam urlop wychowawczy. Jeszcze dwa lata temu zarzekałabym się, że wrócę do pracy w pierwszej możliwej kolejności, ale teraz wcale tak nie jest. Wiadomo, kasy trochę mniej, ale pomagam M. w jego sklepie, który, odpukać, ma się wcale nieźle. Rozwinęliśmy też sprzedaż internetową, dzięki czemu docieramy z arabskimi i nie tylko produktami do klientów z różnych zakątków Polski :). Tym zajmuję się ja. Chciałabym móc powiedzieć, że robię to „w przerwach między kaszkami, obiadkami, pampersami itp.”, ale to by była w sumie nieprawda, bo wszystko robię równolegle. Nasz mały K. nie jest już taki mikro mały, jak na początku. Biega i szaleje po całym domu, wspina się na meble, ma swoje humory, więc mam taki trochę darmowy fitness w czasach pandemii (jak ja tęsknię za Zdrofitem…). Skończyły się też fajne drzemki, choć on nigdy nie był jakimś wielkim śpiochem. Ok, za bardzo parentingowo się robi. Podsumowując, czasu dla siebie właściwie nie mam, bo z takim małym diabłem prawie nigdy nie ma spokoju.

W efekcie sytuacja rysuje się następująco. Gdy K. jest łaskaw w dzień pójść spać (na godzinę? półtorej, co jest już rzadkim cudem?), to jak ogarnę rzeczy w domu, zamówienia, faktury, wysyłki, maile, to… z blogiem wygrywa Netflix 😛 Po prostu nie mam czasu na pisanie, a jeśli mam, to chyba nie mam siły. Kiedyś pewnie ją będę z powrotem miała. Teraz zawsze trzeba się zdecydować, czy czytam gazetę sprzed dwóch tygodni, czy biorę książkę, która czeka od pół roku, czy resetuję mózg, oglądając głupoty. Przynajmniej zawsze wtedy towarzyszy mi kawa :). Wydaje mi się, że nie różnimy się niczym od polsko-polskich rodziców. Zasuw jest ten sam.

Mam nadzieję, że niedługo będę mogła się odezwać do Was z pewnymi dobrymi wieściami, ale nie chcę na razie zapeszać :). Jak zwyklę wolę powiedzieć o wszystkim po fakcie. Tymczasem bądźcie zdrowi i niech normalność jak najszybciej do nas wszystkich powróci.

Ta zima musiała kiedyś minąć!

Ta zima musiała kiedyś minąć!

Idzie wiosna. Czuć ją w powietrzu. Skończył się sezon smogowy (chyba się skończył, tak samo jak chyba kończy się zima), zaczął się sezon na wirusy. Tak, jak do niedawna trudne organizacyjnie było wyjście z małym gdzieś bardziej do ludzi, w sensie bardziej, niż do sklepu dwie ulice dalej, tak teraz w ogóle wszystkie wypady stają pod znakiem zapytania. Chcemy wyjechać na Wielkanoc nad morze, tak jak rok temu. Czy się uda? Może się uda, przy akompaniamencie mierzenia temperatury w pociągu albo nie wiadomo jakich innych procedur. W Polsce zasiana została trochę panika, trzeba mieć swój rozum, ale też to właśnie rozum nie pozwala nam na podejmowanie ryzyka, jeśli takie by się gdzieś czaiło.

M. dalej jest oazą spokoju, jeśli chodzi o stosunek do dziecka. Ja miałam swoje kryzysy, nie dwa i nie pięć, a on cały czas dzielnie daje radę. W sumie oboje dajemy, bo koniec końców to ja spędzam więcej czasu z dzieckiem niż on. Tak Bogiem a prawdą, to ja jestem dzielna a nie on, i na tym skończmy jego chwalenie :). Gdy mały śpi w ciągu dnia, to znaczy robi mi tę uprzejmość, że zasypia na spacerze i nie budzi się ledwo przekroczywszy z powrotem próg domu, ja siadam do komputera i robię sklep internetowy M. Postanowiliśmy dołączyć taką formę sprzedaży do jego sklepu na Hali Mirowskiej. Czy warto? Czy się przyjmie? A wiadomo? 🙂 Powinniśmy wiedzieć, skoro to robimy, ale zobaczymy w rzeczywistości, jak to wyjdzie. Nie jestem informatykiem, więc sklep ma bardzo prostą konstrukcję. Niemniej jestem z siebie dumna (a może właśnie dlatego?), że dałam radę założyć taką stronę, z śpiącym nie zawsze dzieckiem u boku. Btw, właśnie się obudził.

Dwadzieścia minut lub sto godzin później

Przyglądam się codziennie naszemu małemu synkowi i trochę czekam, nie jakoś bardzo, ale trochę, na oznaki jego zmiksowanego pochodzenia. Na razie jest prawie zupełnie polsko-mazowiecki. Prawie, bo ma oczy taty i w ogóle chyba z rysów twarzy jest podobny do niego. Niektórzy widzą w nim mnie, ja nie widzę tego zupełnie, inni ze mną na czele twierdzą, że to cały M. Z jednej strony podobny, z drugiej totalnie polski. To jak to jest? Może jeszcze musimy trochę poczekać, nie wiemy, jak dziecko zmieni się w przyszłości. W każdym razie nie jest już takim kosmitą, jak tuż po urodzeniu. Nadal mały, ale już bardziej ludzki :).

Wiedziałam już w ciąży, że czas pędzi nieubłaganie. Teraz też to widzę i odczuwam. Prawie pół roku minęło nie wiadomo kiedy. Parę ładnych miesięcy zmagania się z nową rzeczywistością i uczenia się nowych emocji. Nauki odpowiedzialności za drugiego człowieka. Oswajania z towarzyszącym nieustannie gdzieś w tle lękiem o jego dobro i bezpieczeństwo. Ten strach chyba nigdy nas nie opuści, a naszym zadaniem jest wyprawić tego malca kiedyś w świat. Czy to właśnie na tym kontraście opiera się rodzicielstwo?

Tęsknię czasem na za moim, naszym poprzednim życiem, gdy głównymi rozterkami była praca czy karty pobytu. Gdy można było wszędzie pójść i wrócić kiedy się chce, jeść co się chce, o której godzinie i gdzie się chce, czytać i oglądać filmy kiedy i jak długo się chce i tak dalej. Można by tak w nieskończoność. Naprawdę nie było w moim życiu większej rewolucji, niż pojawienie się małego K. To wszystko kosztuje mnie chyba sporo zdrowia, fizycznego i psychicznego. Ale częściej niż czasem myślę, że chyba o niego właśnie w moim życiu chodzi. O niego, o M., o naszą rodzinę. Nie wiedziałam, że tak będzie, dopóki on nie pojawił się obok nas.

O wyższości chłopców nad dziewczynkami i wyższości innych dzieci w ogóle

O wyższości chłopców nad dziewczynkami i wyższości innych dzieci w ogóle

Pewnie to było do przewidzenia, że w najbliższym czasie będę mało obecna na blogu. Rzeczywiście, nasz nowy lokator jest absorbujący. Wszystko wygląda teraz zupełnie inaczej, niż kiedy go nie było. Ja siedzę cały czas w domu, z wyjątkiem codziennych wspólnych spacerów, które trzymają mnie bliżej rzeczywistości :). M. po pracy przejmuje małego, a ja mogę porobić jakieś inne rzeczy, np. dać rękom odpocząć. To nie jest blog parentingowy, więc nie wchodźmy w dyskusje typu „nie ucz noworodka rąk, bo już nigdy go nie oduczysz”. Od początku nie ukrywałam, że nie mam pojęcia o dzieciach, dlatego robię to, co mówią lekarze, położne i inne zorientowane osoby. Jak mówią brać, to biorę i ułatwiam sobie życie. Miejcie też litość i oszczędźcie mi komentarzy w stylu „moje dziecko nigdy nie płakało”, „mój od urodzenia przesypiał całe noce” (i był karmiony kroplówką?), „mój miał pięć razy większą główkę niż Twój i ważył dziesięć kilo przy porodzie, więc oczywiście, że miałaś łatwo” itp. Nie posądzam Was o taką życzliwość, raczej przybliżam naszą obecną rzeczywistość i potwierdzam, że wszyscy dookoła zawsze wiedzą wszystko lepiej, niż Ty. Zupełnie jak przy wychodzeniu za mąż za Araba.

Wszyscy wiedzieli wszystko lepiej również wcześniej, gdy jeszcze byłam w ciąży. Chociaż czekałam na wszelkie dobre rady (naprawdę dobre), to zastanawiało mnie czasem, czemu niektórzy wiedzą lepiej, niż my, jaką płeć dziecka wymarzył sobie M. Gdy zaczęło być coś widać, pojawiły się pytania pt. a czy wiadomo już… No i jak odpowiadałam, że wiadomo i że prawdopodobnie chłopiec, to widziałam ulgę na twarzyczkach i padała odpowiedź: to się mąż na pewno cieszy! Na to ja jak ta głupia pała pytałam, dlaczego i otrzymywałam zawsze tę samą odpowiedź, że przecież w ich kulturze trzeba mieć syna i/lub syn jest ważniejszy niż córka. Społeczeństwo polskie z góry zakłada, że Egipcjanin chciałby mieć bardziej syna, niż córkę. Czasem pojawiały się żarciki, że na pewno wszystko jedno, jaka płeć, byle chłopiec. No tak, przecież arabscy muzułmanie zwyczajowo strącają żeńskie noworodki ze skały i płodzą dzieci ze wszystkimi czterema żonami, aż wreszcie pojawi się upragniony syn. Do skutku.

To w sumie dość prywatna sprawa, ale w kontekście powyższego zdradzę Wam, że akurat M. marzył sobie o córce. To nie znaczy też, że obraził się na wieść o synu. Wszyscy normalni ludzie, którzy chcą mieć dziecko, po prostu chcą mieć zdrowe dziecko. Jaka to będzie płeć, jest sprawą drugiej albo siódmej kategorii. Gdzieś w tle głowy czają się jakieś tam marzenia, ale co z tego? Ja z kolei od zawsze myślałam o chłopcu, no i właśnie, co z tego? Zadziwiające jest zatem, że moi rozmówcy byli przekonani, że M. się cieszy z takiego obrotu spraw. Nie, w sumie to w ogóle nie jest zadziwiające.

Tymczasem 🙂 Czym różni się posiadanie dzieci z Egipcjaninem od posiadania dzieci z Polakiem? Tego do końca nie wiem, bo mam dziecko tylko z tym pierwszym, ale wydaje mi się, że jak dotąd wszystko wygląda raczej dokładnie tak samo, jak w polsko-polskich rodzinach. No, z tą różnicą, że mojemu synowi zdarza się płakać, budzi się w nocy i jest wielkości małego (bardzo) dziecka, a nie słoniątka, czyli nie mam się czym chwalić jeśli chodzi o jego dowiezienie. Mam szczęście, że M. kocha dzieci i ma mnóstwo cierpliwości do małego. Lubi się z nim bawić, nic go nie irytuje, jest dość wyluzowany. W sensie – odpukać. W naszym związku to ja zawsze byłam ta bardziej opanowana i cierpliwa, ale jeśli chodzi o opiekę nad dzieckiem, M. uruchomił jakieś nieznane mi wcześniej pokłady wyrozumiałości. W skrócie, inaczej mówiąc, gdy mnie już ciężki szlag trafia, M. uśmiecha się czule do małego i rozpoczyna od nowa procedury uspokajania dziecka (po raz tysięczny). Poza tym robimy chyba to samo, co reszta rodziców: chodzimy na spacery z wózeczkiem, szczepimy, myjemy, karmimy, przebieramy i się nie wysypiamy. Jeszcze nie pojawił się wątek uprowadzenia małego do Egiptu, chociaż pewnie powinnam nie znać dnia i godziny.

Jesteśmy w trójkę już ponad półtora miesiąca. Każdy dzień to jakaś nauka i trochę walka o przetrwanie. Ale chociażby jeden sukces mogę odtrąbić – napisałam wreszcie tę notkę 🙂 Choć zajęło mi to ponad dwie godziny.

Mamy syna :)

Mamy syna :)

Kosztowało mnie to momentami naprawdę sporo, by Wam przez ostatnie dziewięć (a właściwie osiem i pół) miesięcy wszystkiego nie powiedzieć. Otóż od kilku dni jesteśmy szczęśliwymi rodzicami małego K. Nasz synek urodził się dwa tygodnie przed terminem, jest malutki, zdrowy i… dość komiczny :). Dowiedziałam się o mojej ciąży w lutym i postanowiłam nic o niej tutaj nie pisać, no bo znane Wam już złe oko i zapeszanie. Ciąża zbiegła się w czasie z otwarciem firmy M. i mieliśmy przez jakiś czas duszę na ramieniu, co to będzie, tu nowa firma, a tu dziecko w drodze… Jeśli M. nie śpi w nocy, to chyba nie tylko dlatego, że K. czegoś się domaga (czegokolwiek :)). Ja obecnie za bardzo nie mam głowy do niczego więcej niż towarzyszenie małemu w walce z otaczającym go światem. Choć i tak co drugi dzień siadam do komputera i ogarniam sprawy firmy, w sensie – jak mi K. pozwoli.

Powolutku wcielamy się z M. w nową rolę, która mnie jednocześnie przeraża, przerasta i ogromnie cieszy. Nigdy nie byłam jakąś wielką fanką dzieci, w przeciwieństwie do M. Nie mam doświadczenia w opiece nad noworodkiem czy niemowlęciem. Wszystkiego muszę uczyć się od zera, niby czegoś tam nauczyłam się na szkole rodzenia (tak, chodziłam na coś takiego :)), ale praktyka to zupełnie co innego niż teoria. Ale dobrze, że gdzieś kiedyś przeczytałam, że człowiek nie rodzi się z umiejętnością opieki nad małym dzieckiem. Wszystkiego trzeba się nauczyć. I to chyba prawda, co mówią, że są takie chwile, gdy jedno spojrzenie w jego małe śliczne oczy wynagradza mi wszystkie momenty klęcia w duchu o 3. nad ranem lub bezradności, gdy on płacze i nic mu na to nie pomaga. Poza pieluszką, która musi się zapełnić :P.

Przeczuwałam to od dawna, więc nie jestem zaskoczona, że M. jest – jak dotąd – cudownym tatą. Mężczyznom może to łatwiej przychodzi, bo spędzają z dziećmi znacznie mniej czasu niż my, a większość „roboty” spada na siedzącą w domu na macierzyńskim kobietę. Ale kocham to jego uwielbienie w oczach, gdy bierze małego na ręce, i to jak K. przy nim się wycisza. M. to taki naturalny uspokajacz. A może za wcześnie jeszcze, by cokolwiek oceniać? Oboje uczymy się jakoś funkcjonować w tej zupełnie nowej rzeczywistości.

To chwilowo byłoby na tyle, bo niełatwo jest streścić w jednym tekście przebieg niemal całego obecnego roku od stycznia aż do dziś. Więc może zróbmy tak: jeśli macie jakieś pytania, chcielibyście wiedzieć coś więcej na temat naszego małego K. i tego, co teraz się dzieje w naszej rodzinie, to dajcie znać, a ja odpowiem na tyle, na ile będę mogła :).

God knows that
That I’ll be the one
Standing by
Through good and through trying times
And it’s only begun
I can’t wait for the rest of my life

(Celine 😉 )